The Circle

Moderatorzy: erfea, *mods team

The Circle

Postprzez Captain Kidd 03 lis 2009 19:22

Na płytę nie czekaliśmy zbyt długo. Niespodziewanie dostaliśmy ją bardzo szybko, bardzo szybko ją polubiliśmy i jeszcze szybciej się nam znudziła (choć już niekoniecznie niespodziewanie). Bo BJ już nie zaskakuje od lat. Nad tekstami rozczulać się nie będę (bo nie ma nad czym), dla mnie liczy się muzyka. Nie będę jechał po nich dlatego (o ile w ogóle, bo jakże bym mógł...), że nie nagrali kolejnego These days, Dry county, czy Always. Będę jechał dlatego, że wzorowali się na tym, co złe, HANDowe i cudze. Lub własne, jeszcze niewydane. Kiedyś, kiedy byłem mały słysząc w radiu jakąś nową piosenkę (nie BJ) za każdym razem zastanawiałem się jak oni to robią, że potrafią wymyślić tyle róznych melodii? Przecież możliwości kiedyś muszą się skończyć. I wygląda na to, że BJ już się kończą (skończyły?), bo zaczęli własnie tworzyć sklejając w przeważającej większości fragmenty dzieł innych. I pieprzyćć spójność płyty, dla mnie liczą się pojedyńcze piosenki, a nie to, czy tworzą jedną, zgraną całość. Tak więc poloneza czas zacząć...

We Weren't born to follow to raczej zapychacz (już na początku płyty - nieźle). Są oczywiście gorsze kawałki, ale ten nie budzi żadnych emocji, odczuć, kompletnie nic. A to, jak już kiedyś pisałem, gorsze niż niechęć czy jakieś obrzydzenie muzyczne. Poza tym, "zaczerpnięte" z Born to be my baby.
Średni początek płyty (dlaczego dali wersję bez intra?), a po nim jeszcze większa zachęta, żeby wyjebać płytę, za, za przeproszeniem, okno. Przesłodzone i przejęczone, nudne kompozycyjnie, zupełnie nie pasujące ani do płyty, ani do twórczości BJ. Słuchając od początku można pomyśleć, że gorzej być nie może. Owszem, może - po jakimś czasie do studia wpadają indianie i tak pięknie przyśpiewują, że mamy ochotę zejść po tą wyrzuconą płyte, wziąć z powrotem ze sobą i schować w bezpiecznym miejscu (tak, żeby przypadkiem nikt nie znalazł i nie przesłuchał). Jako tako ratują ją chórki Sambory i Strangerowa solówka.
Znajoma melodia, riff, bas. I wydawałoby się, że w końcu coś dobrego - nagrana raz jeszcze wersja Livin' on a prayer. Niestety, to tylko Work for the working man. Niesamowicie wkurza mnie fragment, gdzie Jon śpiewa: "I lost my pension, they took my id". Zdecydowanie za wolno. Shanks powinien go wyciąć i zostawić jedynie Samborę, który odwalił niezłą robotę. Nie będę się czepiał tego szczekającego "work", bo mi nie przeszkadza. I rozumiem, co chcieli właśnie w ten sposób przekazać... Bezrobotni, którzy stracili pracę w czasach kryzysu niczym wygłodniałe psy, które potrzebują żarcia. Ale jak mówiłem, w teksty, a tym bardziej w myślanie Jona nie wnikam.
Superman tonight. Nigdy nie przypuszczałem, że Jon będzie aż tak głupi, żeby napisać piosenkę o swoim tatuażu. Ale gdybym, to nie pomyślałbym, że będzie też tak dobra. Zestawienie gitar i perkusji w refrenie jest takie samo jak na początku HANDa. Z kolejnych "plusów"... W tym kawałku od drugiej zwrotki nie dzieje się kompletnie nic. Można przysnąć ze trzy razy w ciągu tych pięciu minut. Do tego czuć inspirację One last cigarette i Never say die. Ale niewątpliwie jest to jeden z dwóch, może trzech, dobrych punktów na płycie.
Co powstanie po połączeniu Sympathy for the devil Stonesów, Keep the faith BJ i First day of my life The Rasmus? Teoretycznie pocisk, praktycznie - kapiszon. Kawałek ma potencjał, niesamowity. Dać taki materiał w ręce porządnego producenta, a zrobiłby z tego arcydzieło. A pan, k***a jego mać, Shanks postanowił sobie w wolnym od miksowania nowego albumu Miley Cyrus czasie pobawić się w producenta zespołu rockowego. Efekt - gitara brzmi jak syntezator, skrecze. I nawet tutaj Jon wcisnął swoje próbujące się przebić z głebokiego tła je-je.
Thorn in my side rzeczywiście jest cierniem. Bo o ile kopię Tell me it's not over Starsailor mógłbym zaakceptować, to za zmieszanie tego z Novocaine skłonny jestem wykastrować.
Dalej mamy Cyrklowego Joeya - Live before you die z domieszką Welcome to wherever you are i chyba Next 100 years. I to piosenka powinna zasługiwać na dobrą solówke, nie odwrotnie.
Brokenpromiseland przypomina mi coś U2 (nie jestem pewien co, bo nie znam ich na tyle, żeby stwierdzić). Tak więc za kompletny zrzyn z U2 i Viva la vida (najbardziej znienawidzonego przeze mnie w ostatnim czasie kawałka) wielki minus. Nawet nawiązanie do Out of bounds nie ratuje. A moment gdzie Jon śpiewa "come on now" + chwile po (przed solówką) przypomina mi jakąs piosenkę (prawdopodobnie tą z reklamy Nutelli sprzed kilku lat).
Love's the only rule, to coś pomiędzy When we were beautiful i One last cigarette. Gdyby cała piosenka była taka, jak pod koniec, to byłoby lepiej.
Fast cars. Słodziutko na początku, ślicznie. W sam raz jak na "legendę" "rocka" przystało. Gdybym nie znał BJ, pomyślałbym, że to Jonas Brothers. Tyle, że z o pięć sekund krótszą solówką.
Happy now (sic!). Jon tak się podniecił po zwycięstwie Obamy, że napisał piosenkę. Ale nic wielkiego z tego podniecenia nie wyszło. Oprócz gadania. Nie może być tak, że jest dość ostry, mocny kawałek, w nim ostro śpiewa "ha-", a "-ppy" zmiękczone tak, że nie powiem na jaką czynność fizjologiczną mi się zbiera... I tradycyjnie, jak na ta płytę przystało - połączenie I believe i Captain Crash & the beauty queen from Mars.
Learn to love. Dobre na zakończenie tej około godzinnej prawie że męczarni. Słodki odrzut z Bounce, tyle że z większym powerem i większą ilością gitar (przede wszystkim elektrycznej). Momenty tego kawałka słyszeliśmy już w These open arms (z HANDa).

Kilka słów podsumowania. Płyta na pewno różniąca się od dotychczasowych w ich dorobku. Różniąca się dlatego, że po raz pierwszy zespół tak bardzo "zaczęrpnął" ze swojej (i nie tylko) wcześniejszej twórczości. Pomysły na melodie nawet dobre/bardzo dobre. Ale niestety, wszystko jest dość nudne. Bo jeśli ktoś ma nudne, poukładane, udane życie, to traci jaja, wyrazistość. Drugie niestety, najsłabszym ogniwem na tej płycie jest Jon - wkurwia mnie jego maniera i zapędy gwiazdki pop. Nawet chyba już sama barwa. Nie sposób by nie wspomnieć jeszcze o brzmieniu. Tak, jak pisałem, niektóre kawałki mają potencjał, wystarczyłoby tylko zatrudnić dobrego producenta, który wiedziałby co z tym zrobić. Shanks wygłaskał dźwięki tak,że świecą się jak przysłowiowemu psu jajca. Słychać w niektórych miejscach, że gitary, czy wokale były nieudolnie wklejone/doklejone - aż bije po uszach. Jedyne, co zrobił dobrze, to chyba laskę Jonowi (bo żaden szanujący się rockman nie rozpocząłby współpracy z kimś pokroju pana Shanksa). Wyobrażacie sobie, żeby obrabiać Work for the working man czy Bullet pomiędzy jedną a drugą piosenką Cyrus? Ja nie.
Obrazek
Avatar użytkownika
Captain Kidd
zĹ?y mod
 
Posty: 3898
Dołączył(a): 05 gru 2004 13:13
Lokalizacja: Brzydgoszcz
{ GENDER }:

Re: The Circle

Postprzez Ricky Skywalker 07 lis 2009 02:27

Gdy w lutym Jon zapowiedział, że jeszcze w tym roku dostaniemy w ręce nową płytę Bon Jovi - i co więcej, iż będzie to "riff rock record", jak wielu z nas, fanów Bon Jovi, zacząłem mieć nadzieję, iż nastąpi z dawna oczekiwany powrót do grania w stylu, do którego zespół przyzwyczaił nas w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Nadzieje te nie były bezpodstawne - Jon w ostatnich miesiącach zdawał być się w formie wokalnej jak za najlepszych lat, a co za tym idzie, uprawniającej go do nagrywania utworów w podobnym stylu, co wtedy. Co więcej, również forma Richiego zdawała się być wysoka, co potwierdzały nagrane przez niego niedawno dwa okolicznościowe, dobrze brzmiące utwory - "Blood On The Ground" i "Great Hall Of Fame", z których szczególnie ten drugi pokazywał gitarowy majstersztyk Sambory. Wkrótce usłyszeliśmy również pierwszy utwór z nowego albumu - akustyczną wersję "Work For The Working Man", z której odsłuchania można było odnieść wrażenie, iż szykuje się mocny, rockowy utwór. W końcu pojawił się pierwszy singiel, a niedawno doczekaliśmy się albumu.

Czy zespół dotrzymał obietnicy złożonej przez Jona i dostaliśmy w swe ręce dobry, ostry rockowy album? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przyjrzeć się wszystkim piosenkom, jakie zostały umieszczone na albumie. Zauważyć ich plusy i minusy, pokusić się o wystawienie ocen. Szczególnie ten ostatni element jest dla mnie rzeczą niełatwą z powodu dużej dawki sentymentu, jaka zawsze towarzyszy ocenianiu utworów ulubionego zespołu. Tym bardziej, że tym razem - z dwóch powodów - postanowiłem, iż nie będę stosował dualistycznej skali ocen (tzn. wedle osobnych kryteriów oceniał "starego" i "nowego" Bon Jovi, jak to bywało przy ostatnich płytach), a ocenię najnowsze dzieło chłopaków z NJ wedle kryteriów, jakimi oceniałbym ich zaraz po wydaniu These Days. Po pierwsze - właśnie dlatego, że Jon obiecał nam "riff rock record", a takowego nie można oceniać podobnie jak krążka country, a po drugie - dlatego, że zespół, z którym BJ przez lata konkurowali na scenie glam rocka, a zarazem tę scenę skutecznie ciągnęli w górę - i mam tu na myśli Europe, oczywiście - wydał niedawno swój najlepszy album od 1988 roku, udowadniając, że i dziś, po upływie tylu lat, da się nagrać płytę z charakterem.

Jak Pan Bóg (ten co "w dłoniach ma błyskawice" ;)) nakazał, zaczynamy zatem od początku.

1. We Weren't Born To Follow. Pierwszy singiel, który - choć nie jest idealny - mógł dać nadzieję, że nie będzie źle. Niewątpliwie nie jest klonem It's My Life, co zarzucaliśmy wielu jego poprzednikom. Nie znaczy to, że nie jest w pewien sposób nawiązaniem do wcześniejszej twórczości zespołu. Jak wielu z nas zauważyło, przypomina Born To Be My Baby, do tego stopnia, że da się na melodię WWBTF zaśpiewać refren starszej piosenki - i to niestety obniża ogólną wartość tej piosenki. Trochę irytujące jest powtarzanie "yeah, yeah" - niestety (co pokazują i kolejne utwory z The Circle) Jon już chyba nie potrafi napisać utworu bez podobnych wstawek. Plusy? Melodyjność, chwytliwość, optymistyczny tekst wywołujący uśmiech - wszystko to sprawia, że kilka nowych osób zainteresowało się twórczością zespołu. Nie jest to jednak ani hit roku, ani też wybitny utwór dla koneserów. Po prostu - typowe BJ. Ogólna ocena - 7/10.

2. When We Were Beautiful.
Szczerze? Zżynka z U2, w lepszym wydaniu niż cała ostatnia płyta Bono & Co. razem wzięta, jednak wciąż jest to po prostu słabizna, jakiej nie spodziewałem się usłyszeć na tej płycie. Nie pasuje zresztą do twórczości zespołu zupełnie. Już pominę tu pastwienie się nad słowami, które nie są ani szczególnie wybitne, ani też jakieś tragiczne. Chodzi przede wszystkim o kwestie, które są generalnym problemem - większym lub mniejszym stopniu - większości utworów na tym albumie, czyli wokalu i produkcji. W tej piosence szczególnie "wyróżnia się" wokal, który jest - nie zawaham się tego powiedzieć - żałosny. Jon usiłuje śpiewać jak Bono, ale robi to niczym pierwszy lepszy amator - ba, śmiem twierdzić że wiele osób bez profesjonalnego przygotowania zaśpiewałoby to lepiej. To ma być śpiew rockmana z 30-letnim stażem? Toż to jest jęczenie po prostu, jęczenie, które powoduje, że zupełnie traci znaczenie fajna perkusja w tle i klimatyczna solówka Richiego. Słaba produkcja i plemienne "sha la la..." tylko dopełniają obrazu. Ogólna ocena - 2,5/10.

3. Work For The Working Man
, czyli pierwszy na tej płycie utwór z serii - Mam Zajebisty Potencjał, Ale Musieliście Coś Spartolić. Co w tej piosence jest nie tak? Podobnie jak w przypadku poprzedniczki - wokal i produkcja. Swoiste muzyczne nawiązanie do starszej twórczości (Borderline, Undivided i szczególnie LOAP - z uwagi na podobną linię basów) niektórych mocno irytuje, we mnie zaś przede wszystkim wywołuje smutną myśl, że gdyby ta piosenka była nagrana kilka lat wcześniej, brzmiałaby naprawdę dobrze. Bo w wersji, którą otrzymaliśmy do rąk, nagranej w tym roku, słaby wokal Jona niszczy wszystko. Niszczy naprawdę dobry (pomimo lewackich kontekstów), bardzo chwytliwy (szczególnie w dzisiejszych czasach) tekst, niszczy fajną linię melodyczną, niszczy szanse tej piosenki na zrobienie furory porównywalnej do najsłynniejszych utworów zespołu. Praca wykonana przez Shanksa nie pierwszy raz też pozostawia wiele do życzenia. Plusy? Wspomniana przebojowość, dobry tekst, fajne przejście pomiędzy refrenami - mimo braku solówki. Ogólna ocena - 6/10.

4. Superman Tonight.
Jedna z niewielu piosenek, którym nie mam niemal nic do zarzucenia. Dobra linia melodyczna, fajne zmiany tempa, niezły wokal. Tekstu również nie ma się co czepiać - że nawiązuje do bohatera komiksowo-filmowego? W amerykańskiej muzyce to akurat nierzadkie. Raczej nie czepiałbym się tu linijki z tatuażem, jest w sumie nieistotna (gdzie indziej na tej płycie są linijki, które wytknąć wręcz trzeba, ale o tym za chwilę). Niezłe solo, ogólnie - dobry klimat. Minusy? Produkcja - i wszystko na ten temat. Ogólna ocena - 8/10.

5. Bullet.
Utwór z tej samej serii, co WFTWM. I chyba nawet bardziej zmarnowany. Warstwa muzyczna - cudo. Wszystkie instrumenty brzmią dobrze, są "riffy", czuć tę energię. Jak już to zauważone zostało - mamy tu pewne nawiązania do Keep The Faith, gdzieś słychać też Sympathy For The Devil Stonesów. Słyszymy dobre zwrotki, które wydają się być o czymś, niemalże jak w "August 7, 4:15", nadciąga refren... i to by było na tyle, jeśli chodzi o dobrą piosenkę. Refren jest o niczym, niemalże wciśnięty na siłę - a szczególnie ta kluczowa linijka What is the distance between a bullet and a gun. Jeśli to ma być metafora, to ja jej nie rozumiem. Nie muszę dodawać, że produkcja jest beznadziejna, a wokal Jona tylko trochę lepszy niż w WFTWM? No i jeszcze to nieszczęsne "yeah, yeah"... Mogła być najlepsza piosenka na płycie - ba, autentycznie najlepsza od IML - a jest co najwyżej średniak - którego nawet przyjemnie się słucha, nie rozumiejąc słów refrenu... Ogólna ocena - 6/10.

6. Thorn In My Side.
Pozytyw. Aż chciałbym się czepić, ale nie mam za specjalnie czego. Fajnie się tego słucha w trudniejszych momentach - daje kopa! - na co składa się i melodia, i tekst. Wokal tym razem w miarę niezły, produkcję przemilczę. Generalnie - klasa porównywalna do WWBTF. Ocenę podwyższę o pół stopnia - czyli mamy 7,5/10.

7. Live Before You Die.
Przyzwoity tekst, jest trochę energii w tej balladzie, produkcja nawet aż tak tragiczna, jak gdzie indziej, nie jest. Takie trochę lepsze Right Side Of Wrong, z dobrą solówką - krótko mówiąc - typowa ballada BJ post-2000. 6,5/10.

8. Brokenpromisland.
Gdzieś to już słyszałem i niekoniecznie u BJ... Wydaje się, że miało być z tego nowe Dry County, ale daleko tej piosence do tego. Co jest w niej nie tak, poza wtórnością? Załamujący się wokal, wygładzone brzmienie i mimo wszystko zupełny brak klasy poprzedniczki. Solówka na 3 akordy, niegodna mistrza, którym był (jest?) Sambora. 5/10.

9. Love's The Only Rule.
Muzycznie przypomina mi to w sumie The Killers (Spaceman?). Gdyby spełnione były 3 warunki - Jon śpiewałby jak rockman, a nie jakiś laluś z boysbandu, brzmienie nie było wygładzone niczym w piosenkach Gosi Andrzejewicz, a tekst jako całość (a niechby był i tak banalny, jak jest!) nie zmierzała do Jedynej Możliwej Konkluzji, że Miłość jest wszystkim, co istnieje - byłby dobry utwór. Plusy? Mimo wszystko fajnie brzmi to przejście po 2 refrenie. Ogólnie - 4/10.

10. Fast Cars. Badziew na poziomie piosenki #2 - oba w rankingu najsłabszych utworów BJ przebija chyba jedynie pamiętny Wildflower. O czym jest ten tekst? Bo jakoś dotąd nie potrafię załapać... To jakaś wyszukana metafora, czy może motyw przewodni następnej części Transformers? Chyba nie to drugie, bo tło muzyczne wypucowane jak do produkcji na poziomie filmu Prosiaczek i przyjaciele, a nie do infantylnego wprawdzie, ale jednak szybkiego filmu akcji. Jedynym plusem jest to lekkie przyspieszenie tempa od 2 refrenu, no ale i tak to mało, żałośnie mało... i jeszcze to shala, shala... 2/10.

Swoją drogą - a mógł być taki zabawny, polityczny tekst... gdyby tylko zamiast

Bon Jovi napisał(a):We are fast cars
We are fast cars on a long ride
Take your foot off the brake
Let’s just put it in drive


było, powiedzmy... we got fast cars for a long ride / get inside the Cremlin / then catch Putin and drive :lmao:


11. Happy Now. Właściwie - przyzwoity utwór. Nieco zakrawa o zapychacz, ale tekst jest ok, nawet jeśli nawiązuje do wygranej Obamy... gdyby jeszcze zaśpiewany był z charakterem, z pazurem... niestety, znów mamy do czynienia z manierą gwiazdki pop. Gitara wygładzona do granic wytrzymałości, nie wyróżnia się tu zresztą jakąś wyszukaną melodią. Plusy? Pierwszy raz od dawna w szybkim, mimo wszystko rockowym utworze słychać Davida, z rzadka, ale jednak. 5,5/10.

12. Learn To Love. Największa niespodzianka tej płyty. Po przesłuchaniu snippetu myślałem, że będzie to przyzwoita ballada, jednak nie wyróżniająca się z mnóstwa sobie podobnych - a tu się okazuje, że mamy do czynienia z naprawdę dobrym zamknięciem albumu. Leniwie rozkręcające się, słodkawo brzmiące zwrotki przechodzą w refreny, w których czuć już zapowiedź tego, co otrzymamy na sam koniec - pełnego wigoru zamknięcia piosenki i całej płyty, w którym czuć pewien klimat Undiscovered Soul. Przyznam się, że przy pierwszych kilku przesłuchaniach tej piosenki łezka mi się w kącie oka zakręciła... na tle reszty utworów wyróżnia się przyzwoite brzmienie (tym razem Shanks nie popsuł tak całkiem piosenki) i nienajgorszy wokal. Gdyby jeszcze Richiemu pozwolono nagrać solówkę i wydłużyć zamknięcie, a w tekście było imię pięknej blondynki (Holly? Hayley?) zamiast chrześcijańskiego halle, halle (tak, tu się czepiam, ale znając BJ, to jest w stanie przyjść im do głowy, by następna płyta była w stylu christian rock...), mielibyśmy do czynienia z autentycznym majstersztykiem. Niemniej jednak - i tak jest to bodaj najlepszy utwór na płycie. 8,5/10.

W świetle powyższych rozważań wydaje się, iż postawione na początku tej recenzji pytanie uznać możemy za retoryczne. The Circle daleko do naprawdę mocnego rockowego albumu, choć kilka piosenek miało potencjał. Wszystko zostało jednak w taki czy inny sposób zaprzepaszczone, a za głównego winowajcę uznać należy producenta albumu, Johna Shanksa. O ile produkcja utworów Anastacii, Jessiki Simpson czy Take That nie wychodzi mu źle, o tyle jest on jednym z głównych powodów zapaści zespołu zaliczanego jeszcze przed paru laty do gigantów rocka i metalu. Porównując The Circle z Last Look At Eden Europe'u jeszcze bardziej widać, jak bardzo oddaliło się Bon Jovi od mocnego grania. Jeśli BJ chcą nagrać prawdziwie rockowy album - Shanks powinien trzymać się od niego jak najdalej, niezależnie od stopnia zaprzyjaźnienia z zespołem. Powrót do Boba Rocka czy nawet Luke'a Ebbina wydaje się w tym momencie konieczny.

Zwraca również uwagę tragiczny momentami wokal Jona, na co jednak żaden producent nie pomoże. Tu nie ma innej rady jak odpoczynek, i mam nadzieję, że po tej czekającej nas przez najbliższe miesiące trasie koncertowej chłopcy odpoczną sobie przez jakiś czas (3 lata?), i że w tym czasie to Richie nagra z dawna zapowiadany album solowy, a Jon da odpocząć swoim strunom głosowym - i pozbiera trochę pomysłów na dobre teksty. I może przypomni sobie, że kiedyś byli zespołem z charakterem i za to byli i są uwielbiani przez fanów. I uzmysłowi sobie, że granie "pod publiczność", nagrywanie utworów, które mają się podobać wszystkim, sprawia jedynie, że utwory te pozbawione są charakteru - i prędzej zirytują oddanych fanów, niż przyciągną nowych.
"these days all we got is hope, we got redemption and we got forgiveness. And we got one more thing - we got us these days..."
*
Richie Sambora, 29.10.2007
Avatar użytkownika
Ricky Skywalker
The Emperor's Hand
 
Posty: 1096
Dołączył(a): 02 lis 2003 22:57
Lokalizacja: Creche of the Gods ;]
{ GENDER }:


Powrót do Recenzje Płyt

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 0 gości

cron