Na płytę nie czekaliśmy zbyt długo. Niespodziewanie dostaliśmy ją bardzo szybko, bardzo szybko ją polubiliśmy i jeszcze szybciej się nam znudziła (choć już niekoniecznie niespodziewanie). Bo BJ już nie zaskakuje od lat. Nad tekstami rozczulać się nie będę (bo nie ma nad czym), dla mnie liczy się muzyka. Nie będę jechał po nich dlatego (o ile w ogóle, bo jakże bym mógł...), że nie nagrali kolejnego These days, Dry county, czy Always. Będę jechał dlatego, że wzorowali się na tym, co złe, HANDowe i cudze. Lub własne, jeszcze niewydane. Kiedyś, kiedy byłem mały słysząc w radiu jakąś nową piosenkę (nie BJ) za każdym razem zastanawiałem się jak oni to robią, że potrafią wymyślić tyle róznych melodii? Przecież możliwości kiedyś muszą się skończyć. I wygląda na to, że BJ już się kończą (skończyły?), bo zaczęli własnie tworzyć sklejając w przeważającej większości fragmenty dzieł innych. I pieprzyćć spójność płyty, dla mnie liczą się pojedyńcze piosenki, a nie to, czy tworzą jedną, zgraną całość. Tak więc poloneza czas zacząć...
We Weren't born to follow to raczej zapychacz (już na początku płyty - nieźle). Są oczywiście gorsze kawałki, ale ten nie budzi żadnych emocji, odczuć, kompletnie nic. A to, jak już kiedyś pisałem, gorsze niż niechęć czy jakieś obrzydzenie muzyczne. Poza tym, "zaczerpnięte" z Born to be my baby.
Średni początek płyty (dlaczego dali wersję bez intra?), a po nim jeszcze większa zachęta, żeby wyjebać płytę, za, za przeproszeniem, okno. Przesłodzone i przejęczone, nudne kompozycyjnie, zupełnie nie pasujące ani do płyty, ani do twórczości BJ. Słuchając od początku można pomyśleć, że gorzej być nie może. Owszem, może - po jakimś czasie do studia wpadają indianie i tak pięknie przyśpiewują, że mamy ochotę zejść po tą wyrzuconą płyte, wziąć z powrotem ze sobą i schować w bezpiecznym miejscu (tak, żeby przypadkiem nikt nie znalazł i nie przesłuchał). Jako tako ratują ją chórki Sambory i Strangerowa solówka.
Znajoma melodia, riff, bas. I wydawałoby się, że w końcu coś dobrego - nagrana raz jeszcze wersja Livin' on a prayer. Niestety, to tylko Work for the working man. Niesamowicie wkurza mnie fragment, gdzie Jon śpiewa: "I lost my pension, they took my id". Zdecydowanie za wolno. Shanks powinien go wyciąć i zostawić jedynie Samborę, który odwalił niezłą robotę. Nie będę się czepiał tego szczekającego "work", bo mi nie przeszkadza. I rozumiem, co chcieli właśnie w ten sposób przekazać... Bezrobotni, którzy stracili pracę w czasach kryzysu niczym wygłodniałe psy, które potrzebują żarcia. Ale jak mówiłem, w teksty, a tym bardziej w myślanie Jona nie wnikam.
Superman tonight. Nigdy nie przypuszczałem, że Jon będzie aż tak głupi, żeby napisać piosenkę o swoim tatuażu. Ale gdybym, to nie pomyślałbym, że będzie też tak dobra. Zestawienie gitar i perkusji w refrenie jest takie samo jak na początku HANDa. Z kolejnych "plusów"... W tym kawałku od drugiej zwrotki nie dzieje się kompletnie nic. Można przysnąć ze trzy razy w ciągu tych pięciu minut. Do tego czuć inspirację One last cigarette i Never say die. Ale niewątpliwie jest to jeden z dwóch, może trzech, dobrych punktów na płycie.
Co powstanie po połączeniu Sympathy for the devil Stonesów, Keep the faith BJ i First day of my life The Rasmus? Teoretycznie pocisk, praktycznie - kapiszon. Kawałek ma potencjał, niesamowity. Dać taki materiał w ręce porządnego producenta, a zrobiłby z tego arcydzieło. A pan, k***a jego mać, Shanks postanowił sobie w wolnym od miksowania nowego albumu Miley Cyrus czasie pobawić się w producenta zespołu rockowego. Efekt - gitara brzmi jak syntezator, skrecze. I nawet tutaj Jon wcisnął swoje próbujące się przebić z głebokiego tła je-je.
Thorn in my side rzeczywiście jest cierniem. Bo o ile kopię Tell me it's not over Starsailor mógłbym zaakceptować, to za zmieszanie tego z Novocaine skłonny jestem wykastrować.
Dalej mamy Cyrklowego Joeya - Live before you die z domieszką Welcome to wherever you are i chyba Next 100 years. I to piosenka powinna zasługiwać na dobrą solówke, nie odwrotnie.
Brokenpromiseland przypomina mi coś U2 (nie jestem pewien co, bo nie znam ich na tyle, żeby stwierdzić). Tak więc za kompletny zrzyn z U2 i Viva la vida (najbardziej znienawidzonego przeze mnie w ostatnim czasie kawałka) wielki minus. Nawet nawiązanie do Out of bounds nie ratuje. A moment gdzie Jon śpiewa "come on now" + chwile po (przed solówką) przypomina mi jakąs piosenkę (prawdopodobnie tą z reklamy Nutelli sprzed kilku lat).
Love's the only rule, to coś pomiędzy When we were beautiful i One last cigarette. Gdyby cała piosenka była taka, jak pod koniec, to byłoby lepiej.
Fast cars. Słodziutko na początku, ślicznie. W sam raz jak na "legendę" "rocka" przystało. Gdybym nie znał BJ, pomyślałbym, że to Jonas Brothers. Tyle, że z o pięć sekund krótszą solówką.
Happy now (sic!). Jon tak się podniecił po zwycięstwie Obamy, że napisał piosenkę. Ale nic wielkiego z tego podniecenia nie wyszło. Oprócz gadania. Nie może być tak, że jest dość ostry, mocny kawałek, w nim ostro śpiewa "ha-", a "-ppy" zmiękczone tak, że nie powiem na jaką czynność fizjologiczną mi się zbiera... I tradycyjnie, jak na ta płytę przystało - połączenie I believe i Captain Crash & the beauty queen from Mars.
Learn to love. Dobre na zakończenie tej około godzinnej prawie że męczarni. Słodki odrzut z Bounce, tyle że z większym powerem i większą ilością gitar (przede wszystkim elektrycznej). Momenty tego kawałka słyszeliśmy już w These open arms (z HANDa).
Kilka słów podsumowania. Płyta na pewno różniąca się od dotychczasowych w ich dorobku. Różniąca się dlatego, że po raz pierwszy zespół tak bardzo "zaczęrpnął" ze swojej (i nie tylko) wcześniejszej twórczości. Pomysły na melodie nawet dobre/bardzo dobre. Ale niestety, wszystko jest dość nudne. Bo jeśli ktoś ma nudne, poukładane, udane życie, to traci jaja, wyrazistość. Drugie niestety, najsłabszym ogniwem na tej płycie jest Jon - wkurwia mnie jego maniera i zapędy gwiazdki pop. Nawet chyba już sama barwa. Nie sposób by nie wspomnieć jeszcze o brzmieniu. Tak, jak pisałem, niektóre kawałki mają potencjał, wystarczyłoby tylko zatrudnić dobrego producenta, który wiedziałby co z tym zrobić. Shanks wygłaskał dźwięki tak,że świecą się jak przysłowiowemu psu jajca. Słychać w niektórych miejscach, że gitary, czy wokale były nieudolnie wklejone/doklejone - aż bije po uszach. Jedyne, co zrobił dobrze, to chyba laskę Jonowi (bo żaden szanujący się rockman nie rozpocząłby współpracy z kimś pokroju pana Shanksa). Wyobrażacie sobie, żeby obrabiać Work for the working man czy Bullet pomiędzy jedną a drugą piosenką Cyrus? Ja nie.

