Długo się zastanawiałam czy to tutaj umieścić... no ale ponieważ mam dziś dziwny humor do którewgo to badziewie pasuje jak ulał, oto moje kolejne spartaczone, tym razem jednoczęściowe (tiaaa, słyszę to "ufff") dzieło.
Duzo się zmieniło odkąd ostatnim razem tu była. Stacja i sklep jakby się rozrosły, wydawały się ładniejsze, widać było że ktoś postanowił zadbać o interes. Przede wszystkim jednak zmieniła się sama Margo. Zsiadając z motora myślała o tym, co wydarzyło się tu 7 lat temu.
Jedno się nie zmieniło. było gorąco jak diabli...
Weszła do sklepu i z nostalgią popatrzyła na lodówkę. Następnie omiotła spojrzeniem całe wnętrze i skierowała się do małego baru. Usiadła na krześle i zamówiła... a jakże by inaczej, Colę.
-Coś jeszcze?? - zapytał młody sprzedawca
-Nic więcej mi nie potrzeba - uśmiechnęła się
Odwzajemnił uśmiech i poszedł coś tam poprzestawiać. Szybko straciła nim zainteresowanie, on jednak co jakiś czas patrzył na nią spode łba. Zauważyła to. Uśmiechnęła się kwaśno. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią.
-Przepraszam, czekasz... to znaczy czeka pani na kogoś??
-Taaak - powiedziała przeciągle patrząc na niego znad przyciemnianych szkieł
-A... długo to potrwa??
-A co, odstraszam klientów??
-Nie, tego nie powiedziałem...
-Ale miałeś to na myśli. Można się przyzwyczaić. A więc czekam na kogoś z kim umówiłam się tutaj 7 lat temu, a kto z pewnością nie przybędzie na spotkanie. Ale wywiązuję się z umowy i siedzę tutaj znosząc niegrzecznego sprzedawcę. Jeszcze jakieś pytania??
-N..nie, żadne - patrzył na nią wstrząśniety, nie wiedzieć czy dziwną umową zawartą dawno temu czy tym, że jak na osobę w skórzanej kurtce na Harleyu ułozyla zadziwiająco długie zdanie. Uśmiechjnęła się jeszcze kwaśniej. Jakoś nie chciało jej się tłumaczyć każdemu napotkanemu facetowi, że jest tak na prawdę szanowaną panią adwokat która ma specyficznu sposób spędzania wolnego czasu...
-Siadaj. Nudzi mi się czekanie, a oprócz ciebie nie ma tu do kogo ust otworzyć.
Posłusznie usiadł. Po chwili milczenia zadał wreszcie dręczące go pytanie
-Co tu się stało 7 lat temu? Z kim się pani umówiła??
-Czy pracuje tutaj nadal... taki staru facet z wyłupiastymi oczami i... takim śmiesznym znamieniem na policzku? - zapytała cicho. Zmieszał się.
-Nie, przeszedł na emeryturę jakiś czas temu
Skinęła głową.
-To był mój ojciec - mruknął speszony
-Zauważyłam. Też masz dziwne oczy.Ale chyba pytałeś o to co się sytało 7 lat temu... A więc byłam wtedy piękna i młoda, świat wydawał sięprosty, no wiesz, czerń i biel, zero odcieni szarości... I uciekłam z domu. Jeździłam sobie po kraju, najczęściej stopem, forsa topniała jak śnieg w lipcu... aż w końcu trafułam tu...
Upał stawał się nie do zniesienia. Zapłaciłam facetowi za batonika i wyszłam na zewnątrz. Znajdowałam się na jakiejś zapyziałej stacji benzynowej, pieniędzy było coraz mniej... uroki ucieczek z domu. Ale byłam wolna i swobodna, jeździłam autostopem po Stanach i mialam wszystko gdzieś. No prawie wszystko. Ale stosując złotą metodę Scarlett O’Hara (pomyślę o tym jutro) postanowiłam się nie martwic dobrami doczesnymi (względnie ich brakiem) i zajęłam się konsumpcją batonika, który już zdążył się rozpuścić. Trudno się mówi.
- 99 in the shade - mruknęłam cicho, obserwując nowych klientów. Rodzinka, trzy osoby: mamusia, synek, tatuś. Sprawiali sympatyczne wrażenie, aczkolwiek wątpiłam czy zechcą mnie gdziekolwiek podwieść. Eh, te idealne rodzinki... chociaż ta wcale nie sprawiała wrażenia idealnej. Raczej bardzo zmęczonej. I rozdrażnionej. Nic dziwnego, chyba by mnie szlag trafił gdybym musiała spędzić kilka godzin w nagrzanym aucie. Po chwili namysłu postanowiłam nadwątlić mój budżet i nabyć jeszcze jedną butelkę coli. Weszłam do sklepu jednocześnie z synkiem, którego przed chwilą obserwowałam. Nasze spojrzenia padły w to samo miejsce: w lodówce została tylko jedna cola. Damn! Człowiek ucieka z domu, przejeżdża połowę kraju i co?? Musi się jeszcze o zasłużoną colę bić!!
Chłopak też zorientował się w czym problem. Chyba też nie był zachwycony.
- No to które z nas ugasi pragnienie? - zapytałam, jakoś nie licząc na to, że spotkałam dżentelmena
- Mam pomysła, żeby było sprawiedliwie, kupimy to i wypijemy na spółkę
- Ok.- powiedziałam zaskoczona. A więc mili faceci nie wymarli do końca, ostał się jeden okaz
Usiedliśmy i zaczęliśmy na zmianę pić colę, której temperatura nie wskazywała na długi pobyt w lodówce.
- Rodzice puścili cię samą na wakacje? - zapytał po chwili
- Nie mieli wyjścia - uśmiechnęłam się
- Fajnie masz. Mnie by tak nigdy nie pozwolili. Właściwie to mają pretensje że nie siedzę teraz na obozie językowym... - przyjrzałam mu się uważnie. No tak, można go było posądzić o inteligencję. Właściwie sprawiał bardzo sympatyczne wrażenie, do momentu kiedy nie skojarzył mi się z moim kochanym braciszkiem - ideałem. Maj Gad, czy on też skończy jako jakiś cholerny karierowicz?? To było bardziej niż bardzo prawdopodobne. Ja z kolei nigdy nie należałam do osób z którymi wiąże się jakieś specjalne nadzieje względem sukcesów zawodowych... właściwie byłam tzw czarną owcą w rodzince idealnej. It’s a heavy heavy load, I know.
- Nie myśl tyle bo myśliwym zostaniesz - wyrwał mnie z zadumy głos chłopaka
- Już przestaję
- Uff, ulżyło mi, jeszcze byś się pochorowała albo coś w tym stylu..
- Spoko, mój mózg zdążył już przywyknąć. Sometimes you’re all alone and all you do is think
- Taaa, a sometimes siedzisz z rodzinką i wysłuchujesz na jakiego dobrego maklera się zapowiadasz i inne takie brednie.
- Kto wie, może mają rację, a ty staniesz się kiedyś sławny i populerny - Jezz ja to powiedziałam?! Chłopie chrzanić ekonimię, po co marnować sobie życie realizując marzenia swoich rodziców i martwiąc się sprawami, które zupełnie cię nie interesują?
- Albo zostanę jakimś jednym z wielu bezrobotnych, i zawiodę całą familię?
- Bierz przykład ze mnie. Zawiodłam pokładane we mnie nadzieje, zwiałam z domu, kończy mi się kasa, ale jakoś się nie przejmuję...
- Łatwo ci mówić...
- Mattt - usłyszeliśmy wołanie matki chłopaka
- Zwiałaś z domu??
- Oui - przytaknęłam - i mam pomysł. Jeśli za 7 lat nie będziesz maklerem karierowiczem, ale będziesz robił to co naprawdę kochasz, to spotkamy się tu, na tej stacji. Jeśli jednak nie zawiedziesz pokładanych w tobie nadziei to nie pokazuj mi się na oczy
- Dokładnie za 7 lat? Tutaj?
- Chyba zawiedziesz nadzieje. Nie zadawaj głupich pytań tylko biegnij do auta, bo twoja mama zaraz palpitacji serca dostanie
- No to c ya za 7 lat. - uśmiechnął się wychodząc
- C ya - odparłam
Patrzyłam jak odjeżdżał. I w głębi ducha czułam, że nie spotkam go ani za 7 lat ani nigdy. Bo Matt nie zawiedzie nadziei. Pójdzie na Harvard czy inne dziadostwo, skończy z wyróżnieniem, znajdzie świetną pracę i ładną milutką żonę. Będzie się obżerał kawiorem. Zapomni o autostopowiczce poznanej w jakiejś Pipidówie i o wszystkich innych ludziach, których nie stać na wczasy na Bora Bora. Bo przecież wszyscy tak robią. Tak trzeba. Life is brutal. Dopiłam do końca colę myśląc o tym co ja właściwie będę robiła za 7 lat. Hmmm, rzeczywiście myslenie boli. CZy do czegoś dojdę? Spełnię swoje marzenia? Będę szczęśliwa? Czy w ogóle będę? No to ostatnie zależy tylko od interpretacji. Żyć pewnie będę (o ile nie wsiądę do samochodu z seryjnym mordercą... brrr), ale czy to będzie prawdziwe życie czy egzystencja w szarym tłumie? I guess I’d rather die than fade away.
- Będziesz coś jeszcze kupować? - dobiegł mnie nagle glos sprzedawcy
- Nie - odparłam zgodnie z prawdą
- No to wynocha z mojego sklepu, bo mi klientów odstraszasz
Powstrzymując się od komentarza, że jakoś żadnych klientów w okolicy nie widzę wyszłam ze sklepiku i poszłam przed siebie. Przez chwilę żałowałam, że nie palę, mogłabym rzucić za siebie zapaloną zapałkę i cała stacja poszłaby do stu diabłów, ale stwierdziłam że w piekle mają chyba wystarczająco dużo problemów.
-I tak oto minęło 7 lat, a Matta nie widać.
Chłopak popatrzył czujnie na parking jakby spodziewał się zobaczyć drogiego Mercedesa z Mattem za kierownicą. Stał tam jednak tylko motor Margo.
-Jeszcze trochę coli? - spytał - na koszt firmy.
-dzięki, chętnie. Wypiję i spadam w dalszą drogę.
-Ależ czemu?? proszę posiedzieć jeszcze. Matt raczej nie będzie zachwycony jeśli przyjedzie a pani nie bedzie...
Margo spojrzała na niego z kwaśnym uśmiechem.
-Nie przyjedzie, założę się o...
-Nie skończyła. W tym bowiem momencie dzwonek u drzwi zaterkotał i ktoś powoli wszedł do środka.


odkrywcze. No nic.