Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki - film tyleż wyczekiwany, co po premierze dość kontrowersyjny. Wielu fanów ma mieszane uczucia, części się wręcz nie podoba... a ja jednak jestem na tak. I to zdecydowanie, pomimo kilku dziwnych motywów.
Z góry zaznaczę - jak ktoś nie lubi/nie chce
SPOILERÓW - NIE CZYTAĆ DALEJ 
Początek filmu jest dziwny. Nie mówię nawet o tym, że spotykamy Indianę wyciągniętego z bagażnika i od razu jesteśmy w temacie związanym z resztą filmu (dawniej były historyjki wprowadzające). Co to, to nie

Ale akcja taka, jak np. "piętrowa" bójka z Dowczenką jest nieco przesadzona, podobnie jak motyw z lodówką i wybuchem. Ale to przecież wciąż Indiana, takie lądowanie awaryjne na pontonie (ze Świątyni Zagłady, jakby ktoś nie pamiętał

) tylko na większą skalę.
Dalej, generalnie aż do samego końca - tam może trochę kontrowersyjne zakończenie, niespodziewane, ale powiedzmy, że rozumiem po co to było - jest świetnie

Poszczególne postacie są dobrze rozpisane i świetnie zagrane. Harry Ford w doskonałej formie, Cate Blanchett - której raczej nie lubię - doskonale wywiązała się z roli demonicznej Iriny, Karen Allen ponownie jako Marion - troszkę podstarzała i nie tak charakterna, jak w "Poszukiwaczach, ale przejdzie. No i Shia! Shia, o którego grę wszyscy się bali, okazał się jednym z najjaśniejszych punktów tego filmu. Syn Indiany daje radę, jego relacje z ojcem mają porównywalny wydźwięk, jak poprzednio relacje Indiany z Henrym Seniorem.
Równie ważnym elementem filmu są dowcipne teksty i zabawne sytuacje, a tychże jest co niemiara. Dużo z nich tyczy się właśnie wspomnianych relacji Indiana-Mutt (a może powinienem pisać: Henry-Henry?

), ale nie tylko; scena, gdy Jonesowie wjeżdżają do czytelni na motorach, i Indy zbywa uszczypliwym tekstem tego kujona, jest po prostu boska

Mówiąc o UFO - cóż, uważam że nie jest to złe pociągnięcie. Wprawdzie do końca liczyłem na to, że będzie to jakaś gigantyczna ściema i okaże się, że to spisek (Żydzi i masoni...?), ale cóż, i to, co jest, nie jest złe. Końcówka - motyw z wszechwiedzą, śmierć Iriny, ucieczka ze świątyni i odlot statku - jest może najbardziej efekciarskim momentem tego filmu i może radzić, ale moi drodzy - przypomnijmy sobie koniec "Poszukiwaczy" i działanie Arki Przymierza - to przecież bardzo podobny motyw, tylko inaczej (lepiej) wizualnie zrealizowany, i bardziej pozaziemski

Nikogo nie razi działanie demonów z żydowskich legend, ale UFO już tak? Bo mnie ani jedno, ani drugie, filmy muszą być zróżnicowane
W ogóle fajne są nawiązania do starych części - Arka, zdjęcia ojca i Marcusa, pomnik Marcusa... to też jeden z elementów budowania klimatu

Muzyka - cóż, krótko mówiąc, Williams w formie

Jeśli chodzi o całą resztę, to cóż mogę rzec - mimo większej dozy efektów (których w dzisiejszych czasach uniknąć się nie dało) niż w starszych częściach, to wciąż ten sam, dobry Indy. Klimat zdecydowanie zachowany - a że rozgrywa się niemal 20 lat później, to i Roswell, i muzyka (Elvis w tle

) i Mutt - szpanerek w stylu Jamesa Deana

Scenariusz ma może pewne niedociągnięcia, ale nie chcę się czepiać drobnych rzeczy. ogólnie rzecz biorąc, film trzyma poziom starych części. Nie jest to może klasa "Ostatniej Krucjaty" (po prostu nie ma Seana Connery'ego...) ale "Poszukiwaczom..." na pewno dorównuje. Jest dobrze i nie ma co narzekać - jak już wspomniałem, są może sytuacje przesadzone, ale czy w którejkolwiek części Indy'ego ich nie było? A porównując "powroty po latach", czyli nowe SW kontra nowy Indy, nasz sympatyczny archeolog wypada zdecydowanie korzystniej
