Pierwszy raz TAKIE COŚ, dane mi było usłyszeć z kasety zakupionej na wrocławskim Dworcu Głównym, w 1990 roku... Tytuł owej kasety brzmiał "BON JOVI-Live in Cincinatti 1987". I gdzieś, pośród znanych mi ze studyjnych wykonań kawałków, zaatakowało mnie brzmienie gitary, nazwanej w tym przypadku "Sambora Solo"...
Oniemiałem i w jednej chwili zdałem sobie sprawę z mojej, jakże wtedy ewidentnej, technicznej, gitarowej bezradności ( która, bez żadnej "kokieterii"

, trwa do dziś)...
Potem już wiele razy trafiałem na TAKIE RZECZY, niekoniecznie pod Samborowym sztandarem... I nic nie mogło sie równać z tym pierwszym doznaniem, zwanym tu i ówdzie gitarową solówką

, do czasu, kiedy w moje ręce wpadł koncertowy album Van Halen "Live: Right Here, Right Now" (1993 r.) z trwającym ponad jedenaście!!! minut szaleństwem arcy-mistrzostwa gitarowego, zatytułowanego "316"...
Przepraszam, że sie trochę rozpisałem ( w końcu to Forum a nie np. blog), ale wiecie- ja tym po prostu ŻYJĘ i jak mogę bronię się przed szarością życia, właśnie tym, o czym piszę trochę wyżej...
Jeli znajdziecie trochę cierpliwości, czasu, lub cokolwiek innego, kliknijcie w ten link:
http://ic-musicmedia.com/artist_pages/s ... 3id=147129
i posłuchajcie moich wciąż nieudolnych marzeń o tym, by być, pomimo wszystko, gitarzystą solowym...
Bycie kompozytorem, melodykiem czy "rytmikiem", jest jednak o niebo łatwiejsze
