To już prawie miesiąc... I w sumie doszedłem do wniosku, że wypadałoby zebrać te wspomnienia i jakoś je uwiecznić. Oczywiście mowa o PJ Harvey z Kongresowej ;]
Trzy godziny snu, pobudka o 4.30, 5.00 wyjazd. Cały dzień zwiedzania Warszawy (m. in. Złotych Tarasów, gdzie wpadł na mnie wylatujący, dosłownie, z Empiku Rojek

). W deszczu, wietrze, przemoknięci, głodni i już zmęczeni, mimo że był dopiero późny poranek. Zmęczenie to narastało wraz z przedkoncertowym podnieceniem, przez co tego pierwszego na szczęście nie dało się aż tak odczuć. Koncert miał zacząć się o 20.00, jednak już wcześniej wiadomym było, że przesunie się o godzinę. Do Kongresowej pojechaliśmy krótko po 19. Oczywiście dlatego, że nie mogliśmy wytrzymać czekając i leżąc bezczynnie w hotelowych łóżkach (przejście okrężną drogą z Centrum na Powiśle, później Krakowskim Przedmieściem jest dość wyczerpujące

)....
Krótko przed 21 zabrzmiał pierwszy dzwonek. Potem kolejne dwa. Ludzie pozajmowali miejsca, zgasły światła. Chwila ciszy i publiczność nie wytrzymała, zaczęła wołać Polly. Nie trwało to jednak zbyt długo. Wyszła w białej sukni, podobnej do tej z okładki White chalk, połozyła nuty na stojaku (już na początku podziękowała za przyjęci) i zaczęło się...
To bring you my love. Mocne wejście, niesamowite operowanie głosem, posługiwanie się gitarą, efektami. Send his love to me. Kolejne mocne uderzenie. No i ten głos, który w tego typu piosenkach na żywo brzmi niesamowicie

Pierwsza rozmowa z publicznością, oświadczenie, że jej polski nie jest zbyt dobry, że przywiozła ze sobą tyle instrumentów, na których tak naprawdę nie umie grać (przynajmniej tak twierdzi

) po to, aby koncert był ”ciekawszy” ;] When under ether jako pierwszy kawałek z nowej płyty, później The devil, White chalk (grała jednocześnie na pianinie i na harmonijce). Wspomnienia Polly o jej pierwszym pobycie w Polsce (wszyscy myśleli, że się pomyliła, a okazało się, że jednak ma rację...). W wieku 17 lat odwiedziła nasz kraj z zespołem Johna Parisha. Nie jadła wtedy mięsa i podczas całego pobytu (10 dni) w naszym kraju musiała jeść tylko i wyłącznie ser, bo nikt tutaj nie rozumiał, co to znaczy być wegetarianką

Man-size, Angelene

, My beautiful leah. Ktoś z publiczności krzyknął ”-I love you -To ty powinieneś śpiewać ostatnią piosenkę, masz lepszą emisję głosu niż ja”. Opowieść o tym, jak powstała Nina in ecstasy (tytuł pornola, które okładkę niby przypadkiem, gdzieś w hotelu widziała Polly xD), o tym, jak na ogół powstają piosenki (na podstawie prawdziwych historii). Nie tylko jej, ale i innych zespołów, np. U2: ”Wychodzisz na ulicę i mówisz sobie: it's a beautiful day. And then you hear Bono singin' it on the radio”

Electric light, Shame, Snake, Big exit, Down by the water, Grow grow grow, The mountain, Silence

Po tym kawałku zeszła ze sceny, ale nie kazała zbyt długo na siebie czekać. Wyszła po raz drugi. Jakaś dziewczyna rzuciła na scenę dwie czerwone lilie. Podniosła je, usiadła na taborecie i zaczął się koncert życzeń. Ktoś z publiczności krzyknął: ”don't forget Lying in the sun”, po czym Polly zaczęła grać właśnie ta piosenkę. W pewnym momencie, gdy nie potrafiła przypomnieć sobie akordów, czy też słów, urwała i stwierdziła: ”yeah, I'm going to work on it”

C'mon Billy, także na prośbę publiczności, gdzie musiała powstrzymywać się od śmiechu (no i jestem pod wrażeniem jednoczesnej gry na harmonijce i gitarze)... The piano, a na koniec podziękowania za niesamowite przyjęcie, którego się nie spodziewała, obietnica jak najszybszego powrotu. Zagrała jeszcze spokojne Desperate kingdome of love i żegnana owacjami na stojąco zeszła ze sceny...
Widziałem i słyszałem wiele koncertów PJ, ale dosłownie żaden nie był nawet w połowie taki, jak ten. I nie tylko dlatego, że ten właśni odbył się w Polsce, nie dlatego, że ja na nim byłem. Polly wyszła na scenę stremowana, spięta, może odczuwająca lęk przed tym, jak zostanie przyjęta. Jednak później okazało się, że bezpodstawnie. Śmiała się, żartowała, rozmawiała z publicznością, opowiadała anegdoty, pod koniec zagrała nawet dwie piosenki na życzenie. Zupełnie zmieniłem zdanie o niej, jako o osobie cichej, nieśmiałej, skrytej, niezbyt wesołej. Warto jeszcze wspomnieć o wystroju sceny, którego tak naprawdę nie było – jedyną dekoracją były choinkowe lampki, które oplatały pianino i głośniki. Tylko ona i jej muzyka. Wszystko po to, by nie odwracać od niej uwagi, by móc jeszcze bardziej się na niej skupić. Na niej i na PJ, która mimo oświadczeń, że nie potrafi grać na pianinie, cytrze, gitarze, harmonijce i posługiwać się syntezatorem (nie wiem do końca, w każdym razie był to jakiś dj-ski sprzęt xD) pokazała, że to tylko zbędna etykieta... Z pewnością był to czas, ok. półtorej godziny, którego nie zapomnę do końca życia.
To oczywiście mój pierwszy koncert, ale na pewno nie ostatni. Do zobaczenia za rok. Jak nie w Polsce, to za granicą. A może nawet i tu i tu ;]
A póki co koncertowy suchostój się zapowiada
