Bad Medicine 2

Moderatorzy: *mods team, The Storytellers Team

Bad Medicine 2

Postprzez trapper 01 mar 2004 14:53

-Dave, pięknie cię proszę jeszcze raz.-
-Nie, błagam, mam już dość. Dziś mam dwa zabiegi, a jeszcze raz z takim nienasyconym potworem jak ty, to nie bedę w stanie stanąć przy stole.-
-Daj się namówić!-
-A tak ze sobą to nie łaska? Ciągle tylko ja i ja.-
-No wybacz, ale gra w squasha z samym sobą nie daje tyle satysfakcji co z żywym przeciwnikiem.-uśmiechnął się Jon. Odbijali piłkę od jednej ze ścian szpitala -był to głóny- po sztucznej ścianie- spoób w jaki obaj chirurdzy rozładowywali swoje stresy-To najlepszy sposób wyżycia się.-
-A nie lepiej się z dziewczyną wyżyć? Lucy nie wygląda na taką, co szybko ma dość. Ustaliliście już datę?-Po zainteresowaniu jakim Jon zaczął darzyć czubki butów Dave doszedł do wniosku, że nie powinien zadawać tego pytania. Jon splunął i przez zaciśnięte zęby wysyczał:
-Spierdalaj.-Faktycznie, Jon ostanio coraz częściej chodził zamyślony, nieobecny i ogólnie zły.
Dave wyłączyłmagnetofon z którego do tej pory dochodziły melodyjne wrzaski Ozzy`ego Osbourne`a
-Wszystko OK?-
-Nic nie jest OK. Kłócimy się coraz częściej,niedoszli teściowe na mój widok żygają, na wieść, że byłem na misji pokojwej nazwali mnie militarystą i coraz częściej pada pytanie o przejście na medycynę prywatną.-
-Pierdolić.-mruknął Dave
-Wiem. Ja bardzo lubię Uniwersytecki.Myślę ,że mógłbym tu zostać i być niezłym wykładowcą, ale...-
Rozdzwoniły się komórki- w szpitalu ogłoszono Czerwony Alarm
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."
Avatar użytkownika
trapper
mod
 
Posty: 1071
Dołączył(a): 02 mar 2002 21:52
Lokalizacja: Krak
{ GENDER }:

Postprzez trapper 03 mar 2004 14:58

Pobiegli do szatni chirurgów, narzucili na podkoszulki i spodnie dresowe zielone stroje operacyjne i zbiegli na dół do izby przyjęć. Całość zajęła im 10 minut. Gdy wpadli na IP zastali całą kadrę stojącą przy recepcji. Przy telefonie stał Danny. Dave był wyraźnie zdziwiony całą sytuacją i zapytał Danny`ego:
-Co ty, k***a,....-Danny wskazał mu na otwarte drzwi do pokoju socjalnego. Stał w nich niski, krępy, dość młody i krótko ostrzyżony mężczyzna w kitlu lekarza. Jeśli wierzyć identyfikatorowi: nowy szef Izby.
Dave ciężko jeknął.
-Ach, zjawili się nasi wspaniali chirurdzy. Wedle zegarka, spóźnieni o 5 minut. Oznacza to po 5 karnych dyżurów. Ponadto, panowie, wasze stroje, są niezgodne z regulaminem szpitala.-Faktycznie, szpital nakzywał lekarzom noszenie krawata i białej koszuli, a koszulka z podobizną Alice`a Coopera, którą miał Danny nie była nawet zbyt czysta -przyprószona magnezją, błotem i nieprana od tygodnia nabrałą dość specyficznego aromatu. Również Jon musiał wysłuchać paternoster. Skończyło się na 15 karnych nocnych dyżurach

Jon wszedł do swojego gabinetu podniósł popielniczkę z biurka i rzucił nią w ścianę.
-Kuuuurwa mać.-
Wszedł Dave
-W mordę. Że też musieli nam dać takiego picusia.A te uwagi dotyczące dyscypliny wojskowej? Myślałem ,że mu walnę.-
Jon cięzko opadł na krzesło
-To jeszcze nic, jakoś muszę o tych nocnych dyżurach powiedzieć Lucy. Nie będzie zachwycona.-
-No, Carol też się nie ucieszy.-
-Jak się dzielimy dyżurami?-
-Nooo, Carol jutro wyjeżdża do Londynu, ma tam pisać sprawozdanie z konferencji przemysłu farmaceutycznego.-
-Super.-
-Jasne, stary. Obroty przemysłu farmaceutycznego wynoszą około 270 miliardów dolarów rocznie. A ponieważ każda firma chce mieć dobrą prasę, to umieszcza dziennikarzy raczej w tych lepszych hotelach. Wracając do sprawy: biorę te dyżury teraz. A ty?-
-Jak popadnie.Operujesz dzisiaj?-
-Tak.-
-Co, jeśli to nie sekret?-
-Ropień mózgu, potem rizotomia i na końcu operuję dzisiaj moją pierwszą 5.13 na panelu. Idziesz?-
-Nie. Mam obiad z teściami.-
-Aaaa, prywatny odpowiednik Dien Bien Phu. Miłej wojny. Cześć.-
-Czołem.-

(Wciąż krótko, ale czasu mam raczej niewiele:( )
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."
Avatar użytkownika
trapper
mod
 
Posty: 1071
Dołączył(a): 02 mar 2002 21:52
Lokalizacja: Krak
{ GENDER }:

Postprzez trapper 05 mar 2004 15:38

-Nie martw się Lucy, zaraz przyjedzie. Pewnie coś mu wypadło. Sama wiesz jak to jest.-
-Wiem, wiem, mamo, jestem lekarzem.Siądźmy do stołu.-Lucy zrobiła wszystko, żeby nie było widac łzy, która spłynęła po jej policzku.
-Nooo coż, widzę, że Pan Doktor jeszcze nie dorósł do punktualności, tyle dobrze, że chociaż dał ci auto.-Ciągnął Alan West ojciec Lucy-Zresztą Bryan może cię odwieźć, Kwiatuszku.-
Nagle obok Mercedesa Westów zatrzymał się z piskiem opon Ford Mustang SVT 2004.Wyskoczył z niego Jon.Nowiutki garnitur od braci Brooks nie był nawet odrobinę pomięty, za to koszula i krawat były poplamione krwią.podbiegł do drzwi i zadzwonił
-Dobry wieczór Alanie.-powiedział do ojca Lucy, gdy ten otworzył mu drzwi.
-Wejdź.- słowo rzucone było tonem ciepłym jak powietrze na szczycie Everestu
Jon miał w rękach dwa bukiety kwiatów, jeden dla matki Lucy, drugi dla Lucy. Jej nieco blada cera pięknie komponowała się z czerwienią róż.
-Wybacz kochanie, ale mieliśmy pacjenta z rozwarstwiającym się tętniakiem i musiałem go operować.-
Lucy lekko się uśmiechnęła
-Nie mówmy o pracy-poprosiłą Janice West-
-Ależ przeciwnie-Alan miał błysk w oczach-Muszę przyznac, że robisz pewne postępy Jonatanie, garnitur, krawat, buty-nawet w miarę dobrane.-
-Alanie, to zasługa twojej córki, to ona mnie ubrała-
-No cóż, zawsze wierzyłem,że znajdzie kogoś odpowiedniego. A propos, jutro umówiłem cię na spotkanie.-
-Jakie spotaknie?-
-W grupie Synergics-byłą to grupa kapitałowa która zarządzałą wieloma szpitalami-Trochę podciągniesz się w prawie i...
-A po co? Wiesz, co napisał Shakespeare w "Ryszardzie III"? Na początek, powieśmy wszystkich prawników - mam cichą nadzieję, że kiedyś do tego dojdzie.-
Alan spurpurowiał
-To my prawnicy i finansiści ciągniemy ten kraj, a wy przejadacie nasze pieniądze!-
-Gówno tam ciągniecie-krzyknął Jon-W co drugiej debacie telewizyjnej bierze udział prawnik, jesteśmy krajem który produkuje najwięcej zupełnie nikomu niepotrzebnych prawnuików i managerów. Jeżeli wszyscy będą chcieli rządzić, to wkrótce nie będzie kim!-
-O to się nie bój.-
-Wprost przeciwnie, boję się.-
-Martw się o to, czy bedzie cię stać na utrzymanie mojej córki.-
-Będzie. Jestem młodszym asystentem oddziału. Charuję jak dziki wół. Kupiłem jej auto, żeby mogłą jeździć do pracy, robię dla niej co mogę. Tyle, że ja pracuję, a nie siedzę na dupie i nie przekładam papierków-
Alan poderwał sie i miał wyraźną ochotę uderzyć Jona, w ostatniej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi. Janice West pobiegłą do drzwi i otworzyła je
-Bryan, jak miło cię widzieć! Wejdź.-
Do salonu wszedł wysoki, ciemnowłosy i -co tu dużo mówić- bardzo przystojny mężczyzna, jego włosy aż lśniły od wtartego żelu,miał na sobie najdroższy możliwy smoking, w rękach trzymał bukiet róż-jakieś 4 razy większe od Jonowego a chód, postawa i pierwsze wrażenie sprawiło, że od razu Jon go zaszufladkował: goguś z Wall Street- i miał rację
-Witaj Bryanie-Alan poderwał się- jak interesy?-
-Wspaniale, z dnia na dzień coraz lepiej. Witaj Lucy. -ucałował dziewczynę-A to- spojrzał na Jona jak na dziwnego robaka, na chwilę przed rozdeptaniem-kto?-
-Mój narzeczony, Jon Bongiovi; lekarz-Bryan blado się uśmiechnął. Wywiązała się wspaniała rozmowa; nikt nawet nie zauważył, jak Jon cisnął swoje kwiatki dla Lucy do kosza na śmieci i wyszedł.


Atmosfera >>Climbing World<< przy 92 była typowa dla wszystkich ścianek wspinaczkowych- głośna muzyka, głośne przekleństwa ludzi odpadających od ściany, pełno magnezji w powietrzu. Jon zapłacił za wstęp, przywitał się ze znajomymi. W sześcioosobowej grupie stojącej przy drodze o trudnościach 5.13 wyróżniała się wysoka barczysta sylwetka Dave`a Bryana. Dave zobaczył go i pomachał ręką, podszedł do Jona.
-Nie mów nic. po prostu się szpej-w żargonie oznacza to - zakładaj uprząż.-Po prostu nic nie mów-
Jon zaczął wspinaczkę, wcześniej był w domu i przebrał się więc jego garnitur zastąpiła koszulka U2. Mimo wszystko nie był w stanie nic robić. Droga otrudnościach 5.5 która normalnie była w granicach możliwości Jona nie chciała za nic puścić.Po którejś próbie Jon cisnął worek z magnezją, splunął przez zęby i usiadł - wyglądał jakby miał zaraz się rozpłakać.
-Nawet Mustang nie pomógł?-spytałzdziwiony Dave-Byłem pewien, że nawet taki dupek jak West spuści z tonu na widok takiej fury.-
-Znasz go?-
-Caroline, zna lepiej-kiedyś pracowała w jego biurze jako sekretarka-
-A jak ona zareagowała na twoje dyżury?-
-Wściekła się, ale to ma zalety.Staaary!Wiesz co ona wyrabia w łóżku gdy jest wściekła? Drapie gryzie, ale jest fantastyczna-Jon zawsze się zastanaiwał, jaki Dave jest przy niej- przy pacjentach zawsze uprzedzająco grzeczny, przy pielęgniarkach zalotny, a przy kolegach lekarzach- wręcz wulgarny-Ale mam dla cię dobrą wieść. Siostra Baker pracuje na Izbie Przyjęć na nocnym. Może więc weźmiesz dziś za mnie ten dyżur?-
-Baker, mówisz-Jon zamyślił się;Ginger Baker byłą najnowszym nabytkiem szpitala - wysoka; smukła- i że nazwę to eufemistycznie-miała czym oddychać; twarz ginęła jej w burzy blond loków. Jej umiłowanie do kusych mundurków pielęgniarskich powodowało, że co raz to któryś lekarz przewracał się z krzesłem ilekroć przechodziłą przez hall. -W każdym razie zobaczę jak wygląda sytuacja.-

-Doktor Bngiovi!!-wykrzyknęła siostra Baker-A co pana tu sprowadza?-
-Nie mogłem spać- odpowiedział Jon z uśmiechem
-Ochh myślę, że zaradzimy temu.-
Jon wziął się od razu do pracy- szycie, opatrunki - to wszystko błyskawicznie pomogło mu zapomnieć o całej sprawie z Lucy. W końcu musiał uporać się ze zbyt wieloma rzeczami naraz: z modelką, która zemdlałą na wybiegu; z dziewczyną po nieudanej skrobance;z zatruciem baklofenem - przy takich rzeczach o duperelach z gatunku- kłopoty z narzeczoną- zapomina się błyskawicznie. Zapomina się właściwie o całym świecie. Była 3 rano. Hol szpitala opustoszał.Jon siedział z Ginger w pokoju pracowniczym, pili kawę.
-Jesteś wspaniały Jon. Przyjść w środku nocy do szpitala, żeby pomagac, mając tyle lepszych perspektyw. Po prostu-podbiegłą do niego i pocałowała. Prosto w usta. Bardzo mocno.
-Eee...ja...eee-
-Nie jesteś zbyt wygadany-zaśmiała się-ale całujesz świetnie.-
Jon roześmiał się
-Czy to wyznanie?-
-Nie-polizała deliktanie końcówką języka wierzchołek jego nosa- to zaproszenie.-Jon pocałował ją. Wstał i zgasił światło.


W tej samej chwili David wspinający się już po sufice-będący o jeden ruch ręką od 5.13 flash odpadł od ściany- bo zdał sobie sprawę z tego co włąściwie się stało. I, że -tak naprawdę-to była głównie jego wina.
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."
Avatar użytkownika
trapper
mod
 
Posty: 1071
Dołączył(a): 02 mar 2002 21:52
Lokalizacja: Krak
{ GENDER }:

Postprzez trapper 05 mar 2004 22:36

-Cześć Jon-mruknął Dave-Myślę, że dobrze się bawiłeś-
-Lepiej niż w tym samym czasie ktokolwiek z kimkolwiek innym-
-Jon, ty zdradziłeś dziewczynę.-
-Szczerze?-zapytał Jon-Mnie to wali-
-Przecież mieliście się pobrać.-
-Nic z tego. Rozstajemy się. Ja mam już tego powoli dość. Na razie jadę do domu. Trzym się.-

Jon przyjechał do domu. Wszedł do środka, mieszkanie było w miarę uporządkowane, gdyby nie jedna rzecz-z szuflady wystawałą pończocha. Jon otworzył szufladę - w środku były listy z datą sprzed 9 miesięcy, a więc pół roku po zakończeniu sprawy Mannerheima. Wszystkie ybły adresowane do Lucy od ...Bryana- Jon był w szoku. Zaczął je czytać.
(...) Kochanie, nie moge się doczekać aż znów Cię zobaczę, twoje cudne nogi, twe jędrne...Jon przerwał bo bał się, że puści pawia.
-Heeeej!Wiesz co mówi Czwarta Poprawka?!-usłyszał krzyk Lucy
-A wiesz, co ja mówię?!?-
-Nie! I zostaw moje listy!-
-A co masz tam jakiś sekret?-
-Mam. I to nie twój zasrany interes jaki!-
-Chyba mój. Bo jestes moją moją narzeczoną.-
-Wiesz co-Lucy spojrzałą mu prosto w oczy-Skończmy to, nic z tego już nie bedzie.-
-Aleee....-
-Ja nie spędziłam tej nocy sama, ty chyba też nie.Skończmy to.-
-Ale Lucy.....-
-Nie Jon, nie.To nosens. Ale przynajmniej zachowajmy się jak dorośli i rozstańmy się bez rzucania telewizorem.-
Zapadła kłopotliwa cisza.W końcu przerwałą ją Lucy
-Spakuję się.-
-Chyba masz rację-
Zapiął skórzaną kurtkę, wziął rower i pognał do szpitala.
W IZbie przyjęć natknął się na Ginger.
-Cześć.-
-Cześć Jon-wróciła do swoich zajęć
-Nie mamy o czym pogadać?-
-Chyba nie.-
-A to wczoraj?-
-Jon, ty musiałeś się wyluzować, ja miałem chętkę. Wzięłam tabletkę, więc nie powinno być kłopotów. Chyba niczego sobie nie obiecywałeś?-
-No nie, ale nie spodziewałem się , że można traktować seks w sposób tak przedmiotowy.-
-Można, ja to po prostu lubię.-
Jon westchnął ciężko i odszedł.
-Hej Jonny.-
Odwrócił się
-Tak?-
-Ale jesteś naprawde niezły.-
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."
Avatar użytkownika
trapper
mod
 
Posty: 1071
Dołączył(a): 02 mar 2002 21:52
Lokalizacja: Krak
{ GENDER }:

Postprzez trapper 06 mar 2004 17:57

Andrea Price należała do tej wąskiej gupy ludzi o których powstają legendy-byłą wysoką blondynką o dużych, ciemnych oczach i uroczej twarzy, poruszałą się z niewymuszoną gracją, miała wspaniałe, choć nieco perwersyjne poczucie humoru i niepowtarzalny styl który stanowił jej znak rozpoznawczy (podobnie jak -szokujące na nogach chirurga- różowe sandały, przez które widać było pomalowane na czerwono paznokcie u nóg),klęła jak kapral, lubiła mocne alkohole i z upodobaniem oddawała się solowej wspinaczce lodowej- innymi słowy nie był to ktoś, komu powierza się bez zastanowienia dziecko. Miała dość specyficzny styl bycia, kiedy zauważyła, że jej fryzura niszczy się pod czepkiem chirurgicznym, kopnięciem otworzyła drzwi do gabinetu SZEFa i poinformowała jego i stojącego z gebą tak szeroko otwartą, że można by tam wepchnąć lufę Abramsa , Jona, że albo zacznie zamawiać większe czepki, albo może sobie szukać nowego specjalisty od chirurgii dziecięcej.
SZEF tylko kiwnął głową
-Och James-wyszeptałą zmysłowym głosem-Jesteś wpaniały- I wyszła.

Jon wychodził właśnie z Davidem z windy gdy ją zobaczył. Zagwizdała na palcach i pomachała im z oddali. Obydwaj do niej podeszli.
-Co jest brzydale?Yosemity w tym tygodniu?-
-Nooo jeśli bedziemy z Tobą mogli jechać o pani lodu-Była to też aluzja do niezbyt częstego oglądania Andrei z facetami-To będziemy zaszczyceni.-
-Jonie oddaj ludzkości przysługę i zamknij ryj. I lepiej pilnuj dziewuchy, bo jakiś bubek ją dziś odprowadzał. Postawił swojego mercola koło mojej Hondy, więc ma lekkie wgniecenie, po mojej stronie-Andrea jeździłą do pracy motocyklem.-Nie znoszę niemieckich aut. Wolę niemieckie góry.Jedziecie ze mną na Eiger?-
-Kiedy?-zainteresował się Jon
-Kiedy zechcesz-
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."
Avatar użytkownika
trapper
mod
 
Posty: 1071
Dołączył(a): 02 mar 2002 21:52
Lokalizacja: Krak
{ GENDER }:

Postprzez trapper 05 kwi 2004 15:36

-Nie ma to jak udany tydzień w górach-
-Oooo tak!-stwierdził Dave-Co to za wyjec w radiu?-
-Jakiś Sambora.-
-Przełącz.-
-Co ty, całkiem fajnie mu idzie.-
-A ty?-
-Co ja?-
-Jak tobie idzie?-
-Patrz na drogę!-odwarknął Jon
-Ojjjjj czyżby Andrea wpadła ci w oko?-
Głupkowaty uśmieszek na twarzy Jona stanowił wystarczającą odpowiedź.
-No to na co czekasz?-
-Na jutro. Ona przyjdzie do szpitala. Spotakmy się i zaczniemy całować na oczach Lucy-
-Ona ci wpadła w oko, czy chcesz się odegrać na Lucy?-
-I to, i to.-
-To sobie daj spokój.-
-Czemu?-
-Bo przyjaźnię się z Andreą o wiele dłużej niż z toba, palancie i nie dopuszczę żebyś ją skrzywdził.-
Do końca jazdy zapadła niezręczna cisza.
Zatrzymali się pod domem Jona
-Dzięki.-Jon zaczął iść w stronę mieszkania-Hej stary?-
Dave wychylił się przez dach okno samochodzu
-No?-
-Dzięki-
-Na koszt firmy- Dave szeroko się roześmiał i wcisnął gaz do dechy. Czarny Mustang rozpłynął się w nocy

-Jezzzu-jęknął Jon- 6 dni wspinać się na jedną górę i to bez przerwy.-
-Też macie zabawy-mruknął Danny-Nie lepiej trochę popływać?-
-Eee tam.-
-To się nazywa ambitny argument. W ogóle to wydaje mi się, że dobry chrurg i dobry alpinista - to dwie sprzeczności.-
-Czemu?-
-Chirurg musi mięć umięśnione, długie i cienkie palce- wspinacz, czy jak wy to mówicie:"łojant"- krótkie i krępe- to chyba sprzeczność.-
-Ja mam palce chirugra, a co do umięśnienia- odkryłem na to sposób-
-Jaki?-
-Pamiętasz jak ci mówiłem , że codziennie robię po 300 pompek?-
-No.-
-Robię je na palcach.-
Danny tylko postukał się po głowie. Jon uśmiechnął się i robił wszystko żeby się zrelaksować. Nie pierwszy raz operował, ale po raz pierwszy miał być działać pod okiem Andrei.
-No dobra, epikryza-
-Dziewczynka lat 7 operowana przez Mannerheima z powodu olbrzymiego nerwiaka osłonkowego lewego nerwu przedsionkowego. Podczas operacji doszło do uszkodzenia nerwu VII.-
-Błąd w sztuce?-spytała ostro Andrea
-Nie.-odparł ostro Dave-Asystowałem mu przy tym i widziałem, że inaczej się nie dało.-
-Proszę dalej, Jon-
-Po miesiącu zakwalifikowana do zespolenia nerwu podjęzykowego z twarzowym.-
-No nic, do roboty.-
Dziewczynka leżała bokiem na stole. Większość twarzy przykrywało prześcieradło.
-Skalpel.-
Jon wykonał cięcie- około 10 centymetrów wzdłuż przedniego brzegu lewego mięśnia mostkowo-obojczykowo-sutkowego.Oczyścił pole, poprosił o tasiemkę i objął nerw podjęzykowy.
-Ssak- Jon oczyścił pole i zaczął preparować lewy mięsień twarzowy
-Nooo teraz, przed nami najlepsze.-mruknął Jon-Siostro, muzyka-
Z radia popłynęły dźwięki "Falling in love" Aerosmithu. Jon spojrzał w ciemne oczy Andrei i uśmiechnął się. Twarz dziewczyny rozpromieniła się.
Jon szybko odnalazł proksymalny odcinek przeciętgo nerwu, poprowadził go fachowo pod mięśniem dwubrzuścowym.
-Jakie szwy?-spytała Andrea
-10-0-odparł Jon
Wprawnym ruchem ujął końcówkę nerwu.
Teraz odnalazł dystalny odcinek nerwu twarzowego
Darkness imprisoning me
Założył jeden szew
All that I see
Potem drugi
Absolute horror
-Pfff, koniec. Zamykamy. Jon ujął igłę i poprosił o jedwab 3-0.-
Szybko założył szwy.
-No to koniec.-
Jon spojrzał na zegarek- równe 2 godzinki- jak na pierwszy raz super czas.
-Dajcie znać jak się obudzi.- rzucił do anestezjologa.
Jon zaczał się rozbierać ,za nim weszła Andrea.
-Brawo, brzydalu.-
-Ojj uważaj, bo te przepocone portki owiną Ci się wokół szyi.-
-Fajnie by było. Zaprosisz mnie teraz do siebie?-
-Na co?-
-Na loda.-Jon dziwnie popatrzył na nią
-No dobra, na kawę.-

Siedzieli w kawiarni wspominając ostatni tydzień, zaśmiewając się do rozpuku. W pewnej chwili Jon usłyszał swój pager. Wiadomośc wyglądała tak:
-Przperaszam mała-Jon podskoczył nie zwracając uwagi na to, że wylał na siebie herbatę - utworzyła ona ogromna plamę z przodu spodni. Jon wskoczył do windy i obrzucił krótkim spojrzeniem stojącą w niej dziewczynę, tylko by za chwilę spojrzeć na nią jeszcze raz- BYŁĄ WSPANIAŁA. Niska, blodnwłosa i o nieco dziecinnej twazy blondwłosa Afrodyta-Jon odwrócił się- świadomy, że pod nim uginają się nogi
-Czy wyjdzie pani za mnie za mąż?-wyszeptał z zachwytem
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."
Avatar użytkownika
trapper
mod
 
Posty: 1071
Dołączył(a): 02 mar 2002 21:52
Lokalizacja: Krak
{ GENDER }:

Postprzez trapper 23 kwi 2004 22:16

Dziewczyna wyszarpnęła miotacz gazu z torebki
-Jedne krok w moją stronę-krzyknęła-a pożegnasz się na miesiąc z oczami-
Jon błyskawicznie wrócił do pionu
-Przepraszam-wydukał-bardzo przepraszam.Mały wypadek natury....eeee....intelektualnej-
-Widzę, że przydarzył sie panu jeszcze jeden-dziewczyna zerknęła na przód jego spodni który zdobiłą potężna plama- zdecydowanie fizjologicznej natury-
-To herbata, zapewniam panią.-Jon robił co mógł byle tylko zrobic dobre wrażenie na nieznajomej.-
Winda zatrzymała się
-A przy okazji: czy wie pan gdzie mogę znaleźć baginet doktor Andrei Price?-
-Do końca korytarza i w prawo.-
-Dziękuję. Do widzenia.

-O ty w dupę kopany-Dave głośno się zaśmiał gdy Jon (po wcześniejszej zmianie spodni) opowiedział mu całą historię-Toś zrobił dobre wrażenie na dziewczynie.-
-No. A po co mnie tu ściągnąłeś?-
-Sam popatrz.-Dave wskazał na przeglądarkę do klisz
-Uuuuuuu.Paskudnie to wygląda.Jak to zrobisz?-
-Na razie nie mam pomysłu. Zawołaj Starego-
-No,no,no szczeniaku-warknął groźnie Ordynator-nie pozwalaj sobie-
Obydwaj odwrócili się jak na komendę i przywitali z Ordynatorem.
-Co tam chowacie? O w mordę, brzydko to wygląda. Dave epikryza.-
-Chora lat 51, przyjęta do szpitala w stanie ciężkim-HH IV-z powodu krwawienia podpajęczynówkowego, krwiaka śródmózgowego nieurazowego.-
-Hmmm....środkowa... macie pomysł?-
-Podamy jej heparynę, podniesiemy ciśnienie, otworzymy tętniak na ssaku i poszukamy proksymalnego odcinka anasto...-Zaproponował Dave
-Bongiovi.-
-Najpierw znajdziemy proksymalny odcinek, potem wypreparujemy tętniak.-
-Prawidłowo. Ucz się chłopcze,a ty-wycelował palcem w Dave`a-za karę idziesz spać bez kolacji.Aha zyczcie mi szczęścia.-
-Co się dzieje?-
-Synergics chce nas kupić-
-Coooooooo?-
-Dobrze słyszeliście.-
-W dniu w którym te dupki nas kupią, oddaję mój identyfikator.-zapowiedział Jon
Ordynator tylko się skrzywił.
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."
Avatar użytkownika
trapper
mod
 
Posty: 1071
Dołączył(a): 02 mar 2002 21:52
Lokalizacja: Krak
{ GENDER }:

Postprzez trapper 27 kwi 2004 13:57

-Jezzzu-było to jedyne słowo jakie Jon był w stanie z siebie wydac nazajutrz rano.A było to tak:

Operacja się udała. Ordynator był tak dumny z obu lekarzy, że zaproponował przedstawienie przypadku stażystom w ramach zajęć z chirurgii.Otrzymali też niewątpliwy zaszczyt reprezentowania oddziału na rokowaniach z Synergics- co oznaczało 3 dni wolnego od operowania i papierków - całkiem przyjemna perspektywa.
-Dobra robota wspólniku. Dobrze spędzone 4 godziny.-po Davie nie było widać zmęczenia-Idziemy dziś na....-Dave nie dokończył bo Carol rzuciła mu się na plecy. Zaczęli się bardzo namiętnie całować. Jon odwrócił się bo jeszcza chwila i nakładłby Dave`owi po pysku - za to, że jest szczęśliwy.
-Idziemy do domu?-powiedziała w końcu Carol
-Mam jeszcze parę papierków, ale po..... bez kitu!-Dave spojrzał w stronę Andrei i poznanej przez Jona w windzie dziewczyny idących przez hall.
-To przecież ......-wyszeptała Carol
-GINA!!!!- oboje pobiegli w stronę dziewczyny!Dave złapał ją i mocno uściskał.-Znowu razem!
-Jon!- wykrzyknęła w końcu Caroline-Chodź tu. Przywitaj się. To Pauline Clark. Wraz z Andreą tworzyliśmy Szaloną Czwórkę.-
-Statre dzieje, jeszcze z ogólniaka.-uśmiechnęła się Pauline-A my się znamy!-
-Mam nadzieję, że pani mi wyba....-
-Jestem Pauline.-powiedziała tym swoim przyjemnie łamiącym się głosem dziewczyna i podała mu rękę
-Jon- lekko ujął jej rękę świadomy, ze się czerwieni. Jak dorodny burak pastewny.
Nie minęły dwie godziny i siedzieli już w domu Dave`a i Caroline oprózniali kolejne butelki z ich zapasów i wspominajali swoje dawne czasy.
-W każdym razie-opowiadała Carol- do sali wchodzi dyrektor.Wszyscy wstają. Pełna cisza. Dyrektor chce coś powiedzieć i w tym momencie słychać głos Dave`a który rozmawiał ze swoją ówczesną"Kochanie, małżeństwo i seks to dwie różne sprawy"-
-Albo jak na wręczaniu dyrektorowi kwiatów zamiast "Gwieżdzistego sztandaru" Carol puściła "Marsz imperialny"-
-Pamiętam-krzyknęła Pauline-A jak po maturze nawaliła się i przpełynęła rzekę Carol bo uważała ,że skoro nosi jej imię to należy do niej.-
-Chicała wtedy złapać stopa i wrócić do domu.Złapała wtedy tylko zapalenie płuc!-
-Lepsze było wtedy-powiedział Dave-jak ukradłem z Andreą wóż Forrestera!-
-Oooo tak! Należało się sukinsynowi-westchnęła Pauline-Gdyby jeszcze raz pomacał mnie po kolanie, to chyba bym go zabiła-
-A tak? Facet musiał sie zdziwić gdy przyszły do niego zdjęcia z wideoradarów!-
-Pamiętacie wycieczkę?W klasie przedmaturalnej?-spytała Pauline-Wtedy jak po pijaku przechodziliśmy po balustradzie?-
-Pamiętam tylko, że spadłem-wybełkotał Dave i musiałem 8 godzin stać na dwustopniowym mrozie w samej piżamie.-
-A rano wmawiałeś Świętej Krystynie, że pobiegłeś na jogging.-
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."
Avatar użytkownika
trapper
mod
 
Posty: 1071
Dołączył(a): 02 mar 2002 21:52
Lokalizacja: Krak
{ GENDER }:

Postprzez trapper 17 maja 2004 11:42

Ogólnie rzecz biorąc- obudził się skacowany, w ubraniu i pachniał.... no niezbyt przyjemnie. Nie zjadł sniadania, wypił tylko litr mleka - prosto z kartonika. Ponieważ ból głowy nie chciał ustąpić, Jon zrezygnował z jazdy rowerem do pracy- myśl o odgłosie uderzenia kół o schody wywołała w nim przerażenie, jazda metrem nie wchodziła w rachubę- tego by nie przeżył! Jon zdecydował się więc na ożywczy spacer. Była dopiero siódma, Nowy Jork dopiero wstawał do pracy. Jon idąc do pracy rozmyślał nad fenomenem olbrzymiego, zatłoczonego, w gruncie rzeczy- brzydkiego miasta w którym wszyscy chcą mieszkać. W jego głowie pojawiło się akurat stwierdzenie o niesamowitej energii życiowej, ale właśnie potknął się o coś leżącego na ulicy- to było ludzkie ciało.

-Dobra ludzie, dajcie sobie spokój, starczy, niech Święty Piotr ją już wpuści. Czas zgonu: ósma dwie. Chodź Jon.- Danny zaproweadził Jona do pokoju personelu i otwarł szafkę. Zaczął się przebierać w cywilny strój.-Spadam do domu.Ty tu dziś pracujesz?-
-Nie, pomagam przy negocjacjach z Synnergics.-
-A tak, dziś pracuje tu ten Polak, Norwg i Andrea.-
-Jak oni sobie radzą?-
-Nawet dobrze- co ozaczało, że muszą być ocnajmniej bardzo dobrzy-Ale ten Polak powinien sobie zapuścić brodę, a przynajmniej wąsy.-
-Czemu?-
-Żeby wyglądał na starszego niż dwanaście lat.-
-Wiesz, Dave też miał długo dziecięcą buźkę.-
-Raczej dziewczęcą.Masz ochotę?-z wewnętrznej kieszeni skórzanej, lotniczej kurtki Danny wyjął płaskę piersiówkę-Trzymam na specjalną okazję.-
-Co to?-
-Wódka. Finlandia-
-Nie, dzięki. Nie piję w pracy.-
-Ja zazwyczaj też nie, ale czternastoletnia dziwka pogryziona przez szczury.... to ponad moje siły.-Danny zamknął szafkę. Przyłożył manierkę do ust, przechylił i czekał aż ciepły płyn rozpłynie się w ustach. Otworzył szafkę i zmienił buty-Wiesz, zamykam szafkę, bo picie do lustra to objaw alkoholizmu, a przy okazji słyszałeś najnowsza nowinę?? Baker jest w ciąży!-
-Co??-Jon wystraszył się nie na żarty
-Stary, mówię ci!!! Jaja jak berety!!! Cały szpital szuka ochotnika. A skoro o tym mowa, Andera opowiedziała mi pierwszorzędny kawał!-
-Dawaj!-
-Siedzi sobie super laska w metrze. Dupa, że ja pierdolę, a obok niej stoi staruszka. I w pewnym momencie mówi "Dziecko czy mogłabyś mi ustąpić miejsca?" Pannica odpowiada "Nie mogę, bo jestem w ciąży". "Taak"-pyta baba-"A jak długo". Laska patrzy na zegarek i mówi "Od pół godziny. Jeszcze mi się nogi trzęsą"-Jon usmiechnął się, a Dave zarżał jak rasowy ogier.-
-Danny, nigdy cię nie lubiłem-Jon zebrał się do wyjścia
-Aha, jeszcze jedno!-
-Dawaj-
-Jak się dowiesz,kto i kiedy będzie robił sekcje,to daj znać. Chętnie popatrzę. Przyszły nowe "BMJ" i "Lancet" więc pewno będziesz chciał popatrzeć.-
-OK.-
-Dzięki stary.-Danny wyszedł i "na razie" się pożegnał
Jon poszedł do stołówki i zażyczył sobie śniadanie. O ile kanapki były całkiem smaczne to co do jajaecznicy na pseudobekonie zaczynał mieć wątpilwości- czy w czasie służby wojskowej nie uszczelniali czymś podobnym podwozi w Hummerach.
Czytał akurat Lancet w którym autor informował, że częstość występowania guzów mózgu w USA sięga 1/8000 osób/rok. Jon tylko pokręcił głową. Pamiętał eksperyment z autoalarmem w TopGear- z dwunastu metrów samochód nie otwierał się- wystarczało przyłożyć pilota do głowy i działał nawet z dwudziestu metrów. I to wszystko jest obojętne dla organizmu. Jasne. A Lee Harvey Oswald był jedynym strzelającym do JFK.Jon siedział przy oknie i usłyszał nagle ryk godny ranionego słonia- wyjrzał przez okno i oniemiał. Pauline wysiadała z nowiutkiego, "prosto od krowy" Forda GT!Zbiegł czym prędzej na dół.
-Jezu.-
-Nie, to tylko ja.-uśmiechnęła się dziewczyna-Podoba ci się?-
-Jasssne. Ale powiedz mi skąd.....-
-Mam tyle kasy?Wiesz ile płacą specom w dziedzinie zakażeń?-
-Nie, ale...-
-Mam doktorat, a biorąc pod uwagę, że jeszcze często publikuję w różnych czasopismach to mnie na takie zabawki stać.Tak jak Andreę.Chcesz się przejechać?-
-Mogę prowadzić?-
-No jasne.-
Jon usiadł w fotelu, zapiął pasy, przekręcił kluczyk. Ostatnio poczuł coś takiego, gdy kochał się z Baker- auto było jak czuła istota- reagowało, miało uczucia.
-Spokojnie, musisz pieścić ten silnik.-
Kilka rundek i zjazd do szpitala. Na czerwonym świetle świsnął tylko przed mercolem S-klasy należącym do Bryanai kulturalnie zaparkował.
-Dzięki.-
-Lepiej się poczułeś?-
-Jassne.-Przestrach w oczach Lucy, gdy czerwona strzała świsnęła im przed oczami był czymś co poprawiło mu humor na ładnych parę tygodni.
-Dave kupuje Corvettę-
-Oooo.-
-A ty?-
-Nie mam kasy.-
-A odprawa z woja?-
-Na czarną godzinę.-
-Eee tam, żyj człowieku, żyj. Bo myśleniem o swojej byłej to ty daleko nie zajedziesz.-Pauline zamknęła wóz i poszła do siebie Jon tylko westchnął gdy widział jej seksowne ciałko i zaczął żałować,że w Fordzie GT nie ma tylnego siedzenia.
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."
Avatar użytkownika
trapper
mod
 
Posty: 1071
Dołączył(a): 02 mar 2002 21:52
Lokalizacja: Krak
{ GENDER }:

Postprzez trapper 02 lis 2004 14:22

-Cześć tato.-mruknął Jon do ojca grzebiącego w garażu w starym Camarro.-Wciąż go męczysz?-
-Nooo-ojciec mruknął przeciągle-Podaj mi czternastkę.Nie grzechotkę, patafianie, płaską.Co tam u ciebie?-
-Nic nowego. Nie chce mi się pracować.-
-A, to faktycznie nic nowego.Widzę to podstawówki.-
-Tato-Jon mruknął z wyraźnym zniecierpliwieniem-Gdybym chciał tego słuchać poszedłbym do księdza.-
-Może powinieneś też pójść do niego.-rzucił mimochodem ojciec
Jon nasunął na oczy okulary przeciwsłoneczne, poprawił jeansy, które dzięki treningowi na sztucznej ścianie zaczynały coraz bardziej z niego zjeżdżać i skierował się w stronę wyjścia z garażu.
-Zaczekaj.-powiedział ojciec-Wiem o co ci chodzi i jaki masz problem. Nie masz motywacji. Straciłeś chętkę do roboty, bo wiesz już wszystko i nic nowego ci się nie zdarza. Tak?-
-No w sumie tak.....-
-Wydaje ci się, że wiesz wszystko?-
Jon wzruszył ramionami i wykonał jakiś bliżej nieokreślony ruch głową
-Właśnie. A tacy są najgorsi. Gówno wiesz. Masz 33 lata. To za mało żeby wiedzieć wszystko. O medycynie wiesz, na ile może to ocenić zwykły matoł jak ja, dość dużo,ale powinieneś więcej, a już o życiu to nie wiesz nic. Ciągle przed tobą dużo. Nie patrz na to co już zrobiłeś. Patrz na to co możesz zrobić jeszcze.-
-Myślisz?-mruknął Jon
-Jasne, na razie chodź na obiad.-

-Jeszcze kurczaka, synku?-
-Nie, dziękuję mamo.Lecę, przede mną kupa roboty.-
Jon pocałował matkę w policzek, przybił "piątkę" ojcu, zamówił taryfe i pojechał prosto do szpitala. Odszukał Martina Philipsa-szpitalne centrum wszelkich informacji. Radiolog właśnie wychodził z pokoju NMR
-Cześć Martin.-
-O cześć Jon. Coś cię ostatnio mało w grafiku.-
-Kłopoty osobiste.-
-Syndrom "Tu nic się nie dzieje. Nudzę się.", co?-
-Skąd wiesz?-
-To ma każdy. Zwłąszcza u nas- ścisła hierarchia, kto ma dostęp do ciekawych przypadków, a kto grzebie w gównie.Też to miałem.-
-Który zespół z naszych naukowców ma w tej chwili najlepszą sytuację?-
-Daj pomyśleć.Znasz Denise Sanger?-
-Twoją dziewczynę?Jasne-
-Zajmuje się komputerowym programem do odczytu zdjęć czaszki. Ma kumpli z MIT i japońskich sponsorów.-przy ostatnich słowach Martin wyraźnie się skrzywił-Jest na samym początku badań, a ty byś się jej bardzo przydał.-
Jon zamyśliłsię przez krótką chwilę i powiedział
-Zgoda, skontaktujesz mnie z nią?-
-Jasne, jedno co ci mogę doradzić-trzymaj się z dala od zespołów z ginekologii-znałem tu już paru którzy wpakowali się w niezłe gówno, właśnie przez nich. Część potraciła prawa wykonywania zawodu, a dwóch poszło siedzieć za morderstwo.-
-Co?-
-Wiesz,niektórzy uwazali, że dziecko z zespołem Pataua nie ma szans na adopcje i skrócili mu męki. Sprawa wyszła na jaw, paru poszło-szkoda, że nie ci którzy byli winni.-
-Jak to?-
-To historia na kiedy indziej-mruknął radiolog na widok nowojorskiej sławy ginekologii Arta Lee w towarzystwie Petera Randalla-geniealnego biochemika i kandydata do przyszłorocznego Nobla.-Jutro załatwie ci spotkanie z Denise.-powiedział normalnym tonem-Dasz radę koło południa?
-Dam.-powiedizał Jon i ruszył do wyjścia
-To fajnie, ale ja widzisz dam radę w każdej chwili, niech żyją promienie X.-
-Ja przynajmniej nie muszę żartować na temat seksu, bo go uprawiam.-
-Ty uprawiasz.-mruknął Philips-Ale marchewkę w ogródku.-
W odpowiedzi zobaczył tylko wyprostowany środkowy palec.
Jon wolał nie myśleć o tym, że fakt faktem-od czasu przysłowiowego "jednego razu" z Baker nie spał z ani jedną dziewczyną, a to ma kiepski wpływ na psychikę faceta.

Nazwać Denise Sanger klasyczną pięknością byłoby lekkim nieporozumieniem-niski wzrost, szczupła budowa ciała, mały biust i niezbyt ładna twarz. Mimo to była ogromnie sympatyczna i każdy czuł się przy niej dobrze. Oczywiście zdarzały się jej napady agresji, obiektem jednego z nich stał się Dave-kiedy zaaplikował 10-letniemu dzieciakowi pneumoencefalografię. Denise podaprła się pod boki i choć musiała wyoko zadzierać głowę, by spojrzeć potężnemu chirurgowi w oczy powiedziała mu żeby, cytując, "Wywiercił raczej sobie otwór w dupie i nadmuchał tam powietrza, jeśli tak lubi dmuchać, bo najwidoczniej nie może dmuchać swojej dziewczyny". Szczęka Dave`a opadła tak nisko, że można by mu wyrwać język i migdałki gołą ręką. Trwał w tym stanie jeszcze długo po gniewnym odejściu lekarki, ale zabieg anulował. Jon był więc, mimo wszystko, lekko zdenerwowany przed spotkaniem z nią.
Gdy wyszła z porannej odprawy dla radiologów (odprawa dla neurochirurgów kończyła się pół godziny wcześniej) pomachał do niej ręką.Zauważyła to i podeszłą do niego
-Cześć.-zagaił
-Cześć, chodź do mojego gabinetu.-
Przed drzwiami do gabinetu który dzieliła z Martinem stały już dwie osoby:średniego wzrostu chłopak w okularach, koszulce Black Sabbath o fizjonomii Bila Gatesa i niski Japończyk w szarym garniturze-esencja wyglądu średniego urzędnika.
Gdy weszli przedstawiła Jona obydwu, okazało się, że młody człowiek ma już 26 lat, doktorat MIT i nazywa się Jack Ryan, a Japończyk to przedstawiciel sponsora-nazwę, nawet przed Jonem, chroniłą tajemnica-ale nazywa się Sumoku Shimomura.Ustalono też ze zespół spotyka się co tydzień-Jack zajmuje się oprogramowaniem, Jon wyszukuje przypadki, a Denise sprawdza poprawność.Shimomura-San będzie się pojawiał raz w miesiącu żeby sprawdzić jak idzie praca.

Wkróce Jon znalazł de novosiły do pracy. Zapomniał zupełnie o historii którą miał mu opowiadać Phillips-miał ważniejsze rzeczy do roboty niż jakieś kryminały.Oprócz dyżuru trochę się wspinał, ale praca nad programem zjadała większość jego sił.W któryś piątek siedział za biurkiem i wciąż szukał przypadków.Kiedy rozległo się ciche
-Puk,puk-
-Pauline?Wejdź dawno cię nie widziałem.-
-Ja ciebie też. Dave też pracuje nad jakimś projektem,ale nie aż tak cięzko, a ja sobie zrobiłam w tym chwilową przerwę.-
-Znudziło cię to?-
-Raczej odpoczywam.-mruknęła Pauline przysiadając się do biurka- ty dalej męczysz ten program?-
-Nie narzekam. A co u cię?-
-Nic nowego, a ty jak żyjesz?-
-Przed siebię, to najważniejsze.-
-Taaaaak-zapadło kłopotliwe milczenie-Chyba już sobie pójdę.-
-Mhmmmm-mruknął Jon
Spojrzeli sobie na króciuteńko w oczy przy wyjściu i dalej wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Nim Jon dopadł do niej zdążyła już opuścić żaluzję w drzwiach i zrzucić kitel. Drobne z którejś kieszeni rozsypały się po podłodze. Jon zdjął jej bluzkę-nie miała nic pod spodem, zaczął pieścić jej małe, ale jędrne piersi. Nie broniła się ani trochę-po prostu go całowała.Wkrótce potem zadzwonił telefon. Jon przez chwilę odczuwał pokusę by go podnieść, ale szybko mu przeszło-teraz po prostu byli ze sobą i mieli siebie. Przynajmniej na krótką chwilę pacjenci, szpitalne intrygi i kłopoty odleciały w dal. A przynajmniej tak mu się zdawało.
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."
Avatar użytkownika
trapper
mod
 
Posty: 1071
Dołączył(a): 02 mar 2002 21:52
Lokalizacja: Krak
{ GENDER }:

Postprzez trapper 22 gru 2004 12:41

Ordynator Chirurgii Szpitala Miejskiego w Nowym Jorku wyszedł z windy i skierował się w stronę Sali Konferencyjnej. Jego wysoka, atletyczna sylwetka futbolisty wyróżniała się w niebieskim korytarzu, oświetlonym z rzadka świetlówkami, na tle niskich asystentek i księgowych o zapadniętych klatkach piersiowych i wąskich barkach. Szybko wyprzedził swoją asystę. Wyraz skupienia i zdenerwowania zarazem oraz wściekłe błyski miotane z oczu upodabniały go do Joanny d`Arc planującej wypad z oblężonego Orleanu lub do marszałka Dowdinga obserwującego na mapie sytuacyjnej swoich "nielicznych" toczących boje pod pogodnym,jesiennym niebem Anglii 1940 roku. Ordynator szarpnął za klamkę z całej siły swojego 115 kilowego ciała obrońcy
-No dobra chłopaki-ryknął wściekle-Ruszcie głowami
Odpowiedziała mu cisza.Dopiero po dłuższej chwili odezwał się cichy,załamujący się głosik jednej z asystentek
-Ale chyba nie tutaj panie ordynatorze?-
-Co?Niby dlaczego?-
-Bo to męska toaleta, panie ordynatorze-
-W takim razie, co pani tu robi?-
-Szłam za panem, panie ordynatorze-
-O cholera, znowu za wcześnie skręciłem. No nic, chodźmy-
Ordynator wparował na salę i tak zaczęła się kolejna edycja nieco bardziej cywilizowanej wersji rosyjskiej ruletki pod tytułem "Przedświąteczna narada budżetowa czyli kto poleci na zieloną trawkę"


Nowy Jork, a przynajmniej jego część kładł się już spać. Padający drobny snieg i zapadający zmrok otulały już miasto, gdy Jon jeszcze wypełniał dokumenty i wypisywał opinie typu "Badaniem CAT stwierdza się znaczne
poszerzenie układu komorowego obustronnie. Okład komorowy nieprzemieszczony. Nie stwierdzono zmian ogniskowych w zakresie OUN. Niewielkie spłycenie rowków wyraźniejsze po stronie prawej. Po podaniu środka cieniującego nie stwierdzono obecnosci patologicznych wzmocnień. W prawej okolicy potylicznej w tk.miękkich stwierdza się obecność owalnego tworu najpewniej tłuszczak lub kaszak.".Ktoś zapukał- był to znany z poprzednich perypetii Agent Specjalny FBI Robert Kennedy, oficjalnie wybijający się pracownik Biura Terenowego w NY, a prywatnie-przyjaciel i współlokator Jona w mieszkaniu-tak było taniej. Właśnie wrócił z 2-miesięcznego szkolenia w Miami.
-Cześć Robby-krzyknał Jon-Zachdź i wybacz bałagan!-
-Witaj.Wpadłem po klucze.-
-A taaak. Już ci daję, -Jon gmerał w plecaku-Co nowego?-
-Oficjalnie zamknęlismy sprawę Mannerheima.-
-Nie wiedziałem,że jeszcze śledztwo trwało.-
-Tak. Wreszcie wyjaśnilismy rolę byłej żony Mannerheima.Sprzedawała prochy studentom swojego starego.-
-Żartujesz??-
-Nic podobnego, podpieprzałą notes Mannerheima,pisał tam o swoich studentach-doskonale wiedziała, którzy mają kłopoty i którzy gotowi są zapłacić. Miała więc doskonały...jak to mówią w slangu...ten..no...target.-
-Okropne.- westchnął Jon cały czas szukając kluczy
-Można się przyzwyczaić.Ty grzebiesz ludziom w móżgu,a dla mnie oprawianie indyka na Święto Dziękczynienia to przeżycie.Człowieka mógłbym zastrzelić, zrobiłem to zresztą parę razy, ale zwierzę to co innego.-
-Znalazłem.-Jon rzucił kluczami przez biurko-Idziesz gdzieś dziś wieczorem?-
-To zaproszenie?-
-Nie. Pytanie, czy mam dziś wolną chatę.-
-Zostaję.-
-Aha, to ja też.-
-Nie rób sobie kłopotów, ja potrzebuję tylko miejsca do spania.-
-Nie, no mam trochę roboty, a za chwilę zacznie się polowanie na jelenia, czyli kogo by tu wypieprzyć z hukiem.-
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."
Avatar użytkownika
trapper
mod
 
Posty: 1071
Dołączył(a): 02 mar 2002 21:52
Lokalizacja: Krak
{ GENDER }:

Postprzez trapper 20 lut 2005 22:09

Słoneczny,ciepły dzień wstawał z bólem w kościach na doliną Yosemitee. Jon czuł, że to będzie jego dzień. Mówiła mu to skała, łagodny usmiech Dave`a, powolne przesuwanie się liny w Reverso partnera- jeszcze tylko kilka ruchów i przejdą. Nos będzie ich.I nagle coś go wytrąciło z bliskiego fakirom skupienia.Jon stracił równowagę,skała zaczęła się oodalać,friendy wsuwać się z otworów-Jon szykował się na uderzenie-zacisnął oczy.Coś poruszyło jeszcze raz.Jon ujrzał nad sobą uśmiechniętą twarz Danny`ego.
-Pobudka,coś się tak skrzywił? Spoliczkowała Cię?-
Danny zawsze znajdował dla każdego uśmiech i cyniczną uwagę. Dlatego wszystkim tak działał na nerwy.
-Nie ważne. Czego chcesz?-
-Wołają cię na oddział.-
-Idę. A czego ty właściwie tak krążysz po szpitalu, a nie jesteś na izbie, gdzie twoje miejsce.-mruczał Jon ubierając się
-Jestem elektronem swobodnym.-
-Zacząłeś czytać książki?!Ostatnie co czytałeś kiedy jeszcze kręciliśmy się z Bobbym, to była "Fanny Hill".-
-Ale edycja była kolekcjonerska, z obrazkami.-
Jon wszedł na oddział, atmosfera oddziału nocą-przenikająca cisza mącona tylko pisakmi aparatury oraz cichym monotonnym szumem klimatyzacji i światło jarzeniówek napełniały go z jednej strony dziwnym uczuciem-nie strachem-bał się wtedy kiedy w Jugosławii strzelano do niego i jego kumpli, a oni nie mogli odpowiedzieć ogniem-ale jakiegoś nieprzyjemnego dreszczu, a z drugiej radosnym podnieceniem,że zaraz zacznie się "coś",że on-dzieciak z cokolwiek podrzędnej dzielnicy doszedł do tego,że bez niego ktoś może umrzeć,że to on odpowiada za czyjeś życie-uczucie doprawdy niesamowite.
-Co się dzieje?-
-Mamy tu taki mały problem.-powiedziała pielęgniarka kierując się w stronę jednej z sal pooperacyjnych-Pewnie doktor Coulthard zapomniał zapisać leków i pacjent uskarża się na bóle pęcherza, lekko gorączkuje.Trzecia doba po operacji.-
Jon obejrzał wyniki starszej pani
-Aaa. Tworzy się marski pęcherz. Lekko nawadniamy-może pół litra płynów na dobry początek i powinno wystarczyć. Antybiotyków na razie nie dajemy. Nie lubię ich używać bez potrzeby. Ja wracam do spania.-Jon przed samym wyjściem z sali coś sobie przypomniał.-I proszę wyjąć ten cewnik. I cewnikować jednorazowymi cewnikami co sześć godzin.-
Jon otworzył drzwi do gabinetu i walnął się spać.

-Dobrze. Wyłącz radio Billy i widzimy się u mnie w sobotę.
-Nie pożałujesz, pstrągi jak marzenie.-
-Dobra robota, mały-SZEF klepnął Jona w ramię gdy wychodzili się umyć po operacji.-Mamy jebitny czas. Zapisujesz?-SZEF błyskawicznie skakał po tematach i własnie pytał Jona, czy zapisuje zalecenia pooperacyjne na weekend
-Jasne.-
-No to analizę wyników tego pływaka ześlij mi na maila. Cześć Dave. Skonsultuj z Pauline Clark w sprawie zakażenia czaszki u tej pannicy z próbą samobójczą. I z ważnych rzeczy to na razie tyle.Cześć, miłego weekendu. Nie możecie być grzeczni-bądźcie ostrożni.-SZEF wyszedł. Jon lubił „Starego”-wydzierał się tylko kiedy trzeba było, hojnie dzielił urlopy i premie. Jon wrócił szybko do rzeczywistości gdy spojrzał na twarz Dawida-jego mina nie wróżyła niczego dobrego.
-Cześć Dave, co nowego?-
Potężny chirurg obejrzał się, czy nikt ich nie widzi i pchnął Jona, który (w porównaniu do Coultharda)wzrostem raczej nie grzeszył, z całej siły na ścianę. Bongioviemu aż świeczki w oczach stanęły
-Słuchaj mnie uważnie garbaty kutasie. Jeżeli jeszcze raz przy pielęgniarce będziesz się czepiał moich decyzji i głośno przy niej mówił, że się mylę to ci tak pierdolnę, że będziesz zęby z podłogi zbierał.Czy to jasne?-
-T…t…tak.-
-Wiesz co, ja rozumiem, że może ci zależeć na kasie, ale przejść dla hajsu do grupy przeciwko komuś, kto cię wciągnął do tego szpitala, przeciwko przyjacielowi-to kurestwo.-
Dave splunął na podłogę i wyszedł.

-Naprawdę nie wiem co mu się stało.-powiedziała Pauline, gdy już wieczorem siedzieli w mieszkaniu Jona. Kennedy wyjechał w związku z jakimś śledztwem do Dallas, więc mieli je tylko dla siebie.-Może to zasada kręgów?-
-Czego?-Mina Jona przypominała minę zgwałconego kurczaka
-Kręgów. Kręgi na powierzchni wody pokazujące,że w głębinach toczy się walka o właaa..wspaniale masujesz. Tego mi było trzeba…dalej…nie przestawaj.-z głośników leciało „I want to know what love is” Foreginera.
-Romantycznie się zrobiło.-mruknął Jon zbliżająć swoje wargi do jej.
Ale jak zwykle zadzwonił telefon-z drugiej strony był Martin Phillips.
-Stary. Ważne nowiny-radiolog prawie krzyczał.-Siedzisz?-
-Tak.-
-To lepiej się połóż,ale na podłodze bo cię zdrowo walnie.-
Ostatnio edytowano 19 lip 2005 07:26 przez trapper, łącznie edytowano 1 raz
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."
Avatar użytkownika
trapper
mod
 
Posty: 1071
Dołączył(a): 02 mar 2002 21:52
Lokalizacja: Krak
{ GENDER }:

Postprzez trapper 04 paź 2005 13:53

-Jeszcze raz, po angielsku.-
-Żeby uniknąć zadłużenia dwóch szpitali, łączy się kilka w jeden, duży konglomerat.I...-Jon
-Jakie ładne słowo.-
-Daj spokój Pauli.-Jon się skrzywił
-Już milczę,jak grób.-
-...nasz łączy się z uniwersyteckim-łączy się niektóre oddziały-w tym nasz, a ponieważ Stary odchodzi, to parę osób dostaje potężnego kopa w górę.W tym ja.-
-Jakiego kopa?Wyżej od ciebie jest Dave. On kopnął w jaja zbyt wielu ludzi żeby zostać szefem.Ty jesteś za młody.
-Więc Dave kopnął w jedne jaja za dużo albo pocałował nie ten tyłek co trzeba. Bo wylatuje.-
-Co?!?!-
-A tak. A na jego miejsce wskakuję ja!Co,nie masz ochoty na numerek z nowym starszym asystentem oddziału neurochirurgii szpitala miejskiego w Nowym Jorku.-
-Jon o czym ty w ogóle mówisz??Będziesz odpowiadał za nowe grafiki dyżurów, ruch chorych...-
-Projekty naukowe, wprowadzanie nowych leków-jeszcze kilka lat i pod szpital zajadę Mercedesem.-
-Nie będziesz w stanie trafić sobie palcem do dupy po zwykłym dniu, a myślisz o projektach? Poza tym twój przyjaciel traci pracę, a ty myslisz tylko o sobie i o forsie.Nie to jest ważne-Pauline zerwała się z łóżka i usiadła-Jeżeli tak to widzisz to chyba musimy poważnie porozmawiac o naszym związku.-
-Tere fere. Łatwo jest mówić, że nie pieniądze są w zyciu ważne jak się mieszkało w elitarnej dzielnicy i chodziło do dobrej szkoły.Ja musiałem iść do wojska żeby móc iść na uniwersytet, znosić jakichś psychopatów którzy do mnie strzelali, niedojebanych teściów, dokuczających mi kumpli ze studiów i profesorów. Musiałem to wyrwać życiu.A ty to dostałaś.-
-Dostałam?!Ty fiucie! Miałam rodziców z kasą, ale to nie znaczy,że to dostałam.-Jon zauważył, że z oczu zniknęły te ogniki, ale za to jej suteczki seksownie się wyprężyły, pomyślał tylko,że nie można miec wszystkiego-mam dwa doktoraty. Jeżeli to według ciebie kupiłam, to jesteś głupszy niż myslałam-mówiła to nerwowo się ubierając.-A to jest sztuka.Kto wejdzie na miejsce starego?-
-Sammy.-
-Który to?-Pauline przerwała ubieranie się-
-Dobrze,przerwała ubieranie się.-pomyslał, a potem powiedział głośno-Ten z Harvardu.Uprawia chirurgiczne lizodupstwo najwyższej klasy.Kiedyś stary po ZNS-ie, krążył po stołówce i wypatrzył go, podchodzi do niego i pyta się"Co robisz?", a ten na to "Jem kanapkę z indykiem." Stary się pyta"Po co?",a ten z miną zgwałconego kurczaka "Proszę?", Stary nie ustępuję "Dlaczego do cholery?", ten opuszcza wzrok, czerwieni
się i wkońcu wydukuje "Nie wiem prosze pana". Odłożył kanapkę i wyszedł ze stołówki.Jest tak głupi,że pewnie trzy razy zapytał co to jest kanapka.-
-Jon......-
-Sammy to jeden z wielu dupków. Tego się nie da uniknąć.-sygnał telefonu Pauline obwieścił nadejście SMS-a
-Nie podoba mi się po prostu to, co się z tobą dzieje, a poza tym trochę ci brakuje wytrwałości. Projekt z Shinomura upadł, z braku twojego zainteresowania, a mieliście przyszłość przed sobą.-
-Bywa, trzeba umieć odrzucić zbędny balast. Czy to firmę,czy dziewczynę czy to projekt ...-nie dokończył, bo aż zatoczył się od ciosu w twarz.
Pauline wyszła nie oglądając się za siebie
-Powiedziałem coś złego?-spytał Jon Robby`ego który tylko stał i patrzył.Agent tylko wzruszył ramionami

Izba przyjęć wyglądała jak XVIII-wieczny Paryż. Krew na podłodze i niepowtarzalny zapach mieszaniny potu,moczu,kału,wymiocin i mokrych ubrań.
-Cześć Danny.-powiedział Jon wchodząc do pokoju szycia
-Witam pana doktra.-powiedział nieco bełkotliwie Danny, kończąc zszywanie kolejnego dzieciaka który spadł ze schodów.
-Coś zmęczony już jesteś.-
-Eee tam jestem tu dopiero dziesięć godzin.-
-Może idź już do domu.-
-Co ci do tego!Odwal się!-krzyczał,wciąż bełkotliwie, Danny-Ciągle się mnie czepiacie.Wszyscy.-uderzył z całej siły w tacę z narzędziami.Oczywiście wszystkie rozsypały się powodując ogromny hałas-Danny lekko zataczając się wyszedł z pokoju.
-Co mu się stało?-spytał Malcolma Jamiesona jednego ze stażystów
-Zamknęli mu drogę do awansu na szefa izby.-
-Co?Dlaczego?-
-Opieprzył głównego księgowego, no i podobno jest oskarżony o molestowanie seksualne.Dziś na odprawie izby oficjalnie powiedziano mu,że jego kandydatura została odrzucona.-
-To niemożliwe. Opublikował w ciągu zeszłego roku więcej artykułów niż cała oftalmologia!-wykrzyknął Jon
-Bywa.-Jamieson wzruszył tylko ramionami

Upłynęły trzy godziny.W szybę i dach miarowo stukał deszcz. A on wciąż tu stał. Miał włączone światła awaryjne. Kończył pisanie listu. Napisał w końcu ostatnie słowo. Nacisnął kilka przycisków. List powędrował na jego skrzynkę w pracy, na wypadek gdyby nie znaleźli tego w szafce.Pociągnął łyk z butelki.Odpalił silnik. Autostrada była skąpana w deszczu. Rozpędził wóż do pełnej prędkości-230 kilometrów na godzinę.Po pół godziny zobaczył jak rusza za nim radiowóz. Nie przejął się tym ani trochę. Dojechał tam gdzie planował. Zobaczył ścianę wiaduktu. Przymierzył w nią dokładnie i uderzył przy pełnej szybkości.Żałował tego, bo przeżył samo uderzenie.Czuł, że z każda chwilą uchodzi z niego życie, a on był już zbyt zmęczony by grac dalej-chiał już tylko zasnąć. I nie obudzić się już nigdy więcej.

-Czyli co, podoba ci się u nas?-
-No ba, macie fajny sprzęt,blisko w góry. śliczną okolicę, mógłbym się tu sprowadzić z dziewczyną, a przede wszystkim atmosferę?-
-Chodzi ci o powietrze?-
-Nooooo nie do końca.Mniej nerwów,mniej uniwersyteckich sporów, kto tu jest od kogo ważniejszy i nikt nie umiera ALLELUJA-wykrzyknął Dave-Przyjmiecie mnie?-
-Jasne. Taka gwiazda z Big Apple na pewno dobrze wpłynie na nasz image-
-Wiesz co mi się tu najbardziej podoba?-
-Nie?-
-Wasz deszcz,Stevie, wasz deszcz. Ten sam co w czasach gdy nasi ojcowie robili u Lockheeda w Burbank-orzeźwiający.-
-To prawda-twarz rozmówcy Dave`a odmłodniała o ponad dziesięć lat-
Dlatego ja też tu wciąż jestem.-

W tym samym czasie, ten sam deszcz w miejscu skrajnie różnym wzbudzał w kimś innym skrajnie różne odczucia:
-Kurwa jebana w dupę mać, jak ja nienawidzę deszczu.-
-Odeszła?-
-Tak.-
-Szkoda, myślałem,że się z nią chajtniesz?-
-Też tak sądziłem, ale, ale...-
-Ale nic z tego nie będzie.-
-Moi staruszkowie już liczyli,że wyprawią mi wielkie włoskie wesele.-
-Lubię takie włoskie wesela.-
-Czemu?-
-Po każdym udaje nam się zamknąć kilka spraw.-
Jon najpierw zrobił wielce zdziwioną minę, a kiedy dotarł do niego sens wypowiedzianych przez Kennedy`ego słów,nasrożył się jak kopnięty w jądra jeż.
-No spokojnie,spokojnie-próbował go udobruchać Robby-każdemu jakoś docinają,ale przecież nie to się naprawdę liczy. Przecież Ty wiesz, co ja o Tobie myślę naprawdę, czasami się nie zgadzamy, czasami kłócimy, czasami sobie docinamy, ale naprawdę cenimy się nawzajem .Mnie naprzykład....- nie dokończył. Jon porwał kurtkę i wybiegł z domu.

W szybę i dach Camarro,które otrzymał od ojca, waliły ogromne krople deszczu, ale Jon nie zwalniał ani przez chwilę, naprawdę zrozumiał co się stało z nim i z Davem i co może się stać przez to, że nie było go przy nim wtedy,kiedy przyjaciel go potrzebował.Zatrzymał się przed parkingiem dla pracowników. Zaczał biec do szpitala i gdy był już bliziutko- nie zauważył, gdy tuż przy samym szpitalu rozwiązała mu się sznurówka.

-Ale właściwie to czemu odszedłeś?-
-Po prostu ten wyścig szczurów mnie zmęczył.-

W takiej sytuacji wszystko dzieje się jak w zwolnionym tempie.Najpierw poczuł,że postawił krok jakoś tak dziwnie, a potem,że traci kontakt z podłożem....

-Ciebie?To niemożliwe.Kiedyś mówiłeś,że cię to podnieca.-
-Ale,jak wszystko,tylko do pewnych granic.-

Nie uderzył głową o krawężnik, trafił tylko twarzą w jezdnię od razu jednak poczuł,że złamał nos. Każdy kto służył kilka lat w armii,a przed tem zajmował się głównie włóczeniem się po ulicach New Jersey wie jak się wtedy czuje. Poderwał się jednak i pobiegł dalej, ale już z daleka widział,że niepotrzebnie swiatło w gabinecie Dave`a było zgaszone.

-Sprowadzisz się tu z dziewczyną?-
-Nie do końca.Będzie tu wracać na weekendy, a tydzień roboczy spędzi w Nowym Yorku-
-A kto cię zastąpi?-
-Mój młodszy asystent. Porządny gość, ale podobnie jak mnie życie w tym jebanym mieście go przerosło. tyle,że on poszedł w inną stronę.-

Znalazł na biurku list:
Drogi Jonie:
1)Moi pacjenci:
-Martha Singer, ta po próbie samobójczej-przeniesiona na Zakaźny
-Janice Ralf- do wypisu
-Steven Harrows-zmarł zeszłej nocy
-Aliie Constantino- Stary ją operuje, Ty tylko otworzysz czaszkę i zamkniesz, ale sam zabieg jest ciekawy więc zostań popatrzeć. Nagrywać go bedzie ekipa z Disocvery Science
resztę pacjentów przejmuje Stary
2) Zaopatrzenie:
-Wszystkie umowy są podpisane
-Briefing w sprawie nowego laboratorium patologii, we wtorek w sali 100
-Briefing w sprawie stypendiów-Uniwersytet, Katedra, sala 50
-Briefing w sprawie remontu sali operacyjnej IV- przyszły tydzień
-W przyszłą sobotę około 11 przyjdzie gość z Zeissa w sprawie nowych mikroskopów
3) Tak w ogóle:kutas z ciebie
Dave

Nie zdążył zakląć bo zadzwonił telefon.


-Dave. Zaczynaj, oto nasz pierwszy pacjent-
Karetka zatrzymała się. Otwarły drzwi. Dave tylko jęknął bo on tego człowieka znał. Pod krwawą maską, która została z twarzy, skyrwał się Daniel Crusser M.D. lepiej znany jako Danny

[ Dodano: 15 Cze 2005 10:43 ]
-Wiadomo już coś,bliżej?-spytała cicho Andrea
-Nie,miał wypadek.-
-Bez śladów hamowania, prawda?-grobową ciszę mąconą wyłącznie przez stukot kropel w deszczu blaszany parapet i buczenie świetlówek zmącił w końcu cichy,łamiący się głos jednego z trzech stażystów z Pogotowia - Malcolma Jamiesona. Dwaj pozostali siedzieli bez słowa i z wielkim zainteresowaniem śledzili układ rys i fug na parkiecie w Pokoju Socjalnym. Na dźwięk słów Jamiesona wszyscy spojrzeli w jego stronę, a stażyści wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
-Skąd wiesz?-Jon wyszeptał pobladłymi wargami-Ktoś mu "pomógł"?-
-Tak-powiedział Jamieson,na co pozostali stażyści spojrzeli hardo w oczy Jona,Andrei, Pauline i Martina Philipsa-Wy czworo.-

-Jak jest?-
-Kiepsko.Do usunięcia śledziona, jedną czwarta wątroby, kawał jelita cienkiego, ręce są w strzępach, w prawym stawie skokowym zrobił się tulipan.Lewe Śródstopie?No cóż, jest w jednym pokoju i tyle na razie mogę powiedzieć.Czekamy na CAT,ale marnie to widzę.Najważniejsze,że zapomniał odpiąć pasów-więc chyba z tego wyjdzie.-
-Ile mu dajesz?-
-Trzydzieści procent w wersji superoptymistycznej.-
-A w superpesymistycznej?-
-Sam wiesz doskonale.Kropnie nam na stole.-
Dave tylko pokręcił głową i spojrzał w szybę za którą pod tonami aparatury leżał jego przyjaciel.Zapadła cisza.
-Jest tomograf-krzyknął radiolog i od razu założył zdjęcie na rzutnik.
Dave spojrzał na zdjęcia i wyszeptał tylko
-Jezus,Maria-i wyjął komórkę-Cholera, nie chciałem tego robić.-

-Jak śmiesz gnojku....-Jon nie dokończył bo przerwał mu Polak-Archibald Ralf
-Wrzeszczycie na siebie wszyscy, wszyscy przychodziliście do niego ze swoimi problemami, a nikt z was nie spytał go jak ON się czuję. Czy on nie ma problemów.Jesteście tak zapatrzeni w wasze chirurgiczne dupska,że zapomnieliście już nawet o swoich przyjaciołach,bo o pacjentach już dawno.-
-Ty szczylu...-wyszeptał Jon
-Taki z ciebie świętoszek?-spytała spokojnie Andrea-A kto nie rozpoznał u aresztanta urazu czaszki?-
Ralf spurpurowiał na twarzy, bo sprawa rzeczywiście śmierdziała. U aresztanta nie rozpoznano urazu czaszki-Ralf uznał,że gość był naćpany.W efekcie zmarł nagle na komisariacie.Teraz kilki lekarzy i policjantów czekało z zapartym stolcem na wyniki sekcji i badań toksykologicznych. Ralf nie wyleciał z miejsca tylko dlatego,że Danny go bronił
-Po pierwsze, o ile mi wiadomo,to dopóki nie udowodni się komus winy, to jes niewinny-szepnął jadowicie w stronę Price-A po drugie, ja przynajmniej nie drę się na cały szpital: "O super!Ostra białczka mieloblastyczna u dziecka jako powikłanie przy guzie mózgu! Będę to mogła opisać!"-Ralf narzucił stetoskop, kitel i wyszedł, a za nim pozostali stażysći.Jon tylko wzruszył ramionami.
-Co to ma do rzeczy?Danny po prostu nie wytrzymał ciężaru-może gdyby się zwierzył przyjaciołom, byłoby inaczej.Nie on jeden miał kłopoty.-Philips pokiwał głową. Dziewczyny nie odezwały się.
Natomiast podsłuchującym za drzwiami Jamiesonem aż rzuciło.
-Ty zasrańcu.-wpadł z rykiem godnym ranionego słonia-Ty dupku.-złapał Jona za klapy kitla i podniósł z krzesła-Wiedziałeś,że on pił?!Że jego rodzice mieli się rozwieść?!Że oskarżono go o molestowanie seksualne?A chuj wiedziałeś!!!I ty się nazywasz jego przyjacielem?!-
Jon zaczął myśleć-no niby się zgadza-po tej sprawie z prostytutką pogryzioną przez szczury Danny pociągnął sobie z manierki. Wtedy kiedy zszedł do Izby, po ataku Dave`a , Danny miał cokolwiek plączący się głos, podobno do każdego badania ginekologicznego miał asystę...dodał dwa do dwóch i poczuł jakby z niego uchodziło powietrze. Pogarda którą ujrzał w oczach Jamiesona,Ralfa i trzeciego stażysty-Nowega Blomqvista-dopełniła dzieła zwiesił głowę
Blomqvist ze swoim śmiesznym akcentem dopowiedział:
-Próbowaliśmy mu pomóc, ale bez was się nie dało, nie zrobiliśmy wszystkiego co się dało,bo gdyby tak było-on nie leżałby tam,tylko był z nami, ale bez was po prostu się nie dało.-Pauline nie wytrzymała i rozpłakała się.Jak zwykle-zadzwonił telefon.

-Ty sobie żartujesz.-powiedziała Andrea po skończonej rozmowie
-Nie. Dave uważa,że tylko ja moge mu pomóc.Kazał mi przyjeżdżać najszybciej jak tylko dam radę.
-Jak szybko dasz radę?-
-Moim Camarro?Najmniej półtorej godziny.-
-Ja pana zawiozę.-Zaofiarował się Ralf-Jeśli zdobędzie mi pan lepsze auto, gwarantuję najwyżej pół godziny-
Jon spojrzał na Pauline.Dziewczyna sięgnęła do kieszeni i dała mu kluczyki do swojego Forda GT.
-Robię to tylko dla Dave`a-powiedziała,ale nie patrzała mu przy tym w oczy-
Pięć minut później gdy Jon sadowił się na siedzeniu bolidu wybiegła z budynku Pauline i pocałowała go prosto w usta, tak jak kiedyś, za dawnych dobrych czasów.

Kwadrans później mknęli już przez miasto. Deszcz siekł niemiłosiernie.
-Ralf, ty chyba coś straciłeś przez medycynę.-
-Czemu pan tak myśli?-piątka i gazu
-Zależy ci na ludziach,ciekawi cię filozofia medycyny...-nie dokończył bo Ralf mu przerwał-

-Do 360! Ładuj.Adrenalina dosercowo-

-Sam pan widzi. Załatwiłem swoje małżeństwo, rodzice nie chcieli żebym był lekarzem, ale skoro już nim jestem, to chcę wiedzieć o tej robocie wszystko.-
-Nawet filozofię?-Jon niejednokrotnie słyszał jak Ralf z żelazną logiką dowodził chirurgowi,że ten nie ma prawa operować pacjenta, a ginekologowi,że powinien płacić dziecku, któremu pomógł w przyjściu na świat i liczył na jakąś ciekawą pogwarkę
-Nawet.-uciął Ralf

Jon wpadł do szpitala jak bomba, pielęgniarka tylko machnęłą ręką i wskazała mu od razu drogę do sali IOM w której leżał Dave-była uprzedzona o wszystkim, gdy wpadł na właściwe piętro, zzatrzymał go jakiś lekarz.
-Nie ma pan dokąd biec. Czas zgonu:23:20-

[ Dodano: 17 Cze 2005 08:09 ]
Jon przykrył prześcieradłem młodą, ale tak już umęczoną twarz Danny`ego. Zapadła cisza.
-Można go zabrać?-spytał Steven.Deszcz wciąż niemiłosiernie lał.W oddali przetoczył się grzmot.
-Tak,tak-przytaknął po długiej chwili milczenia Jon.-Gdzie Dave?-
-Na boisku do kosza-za szpitalem.-odpowiedział Steve i zwócił się do stojących pod ścianą sanitariuszy.-Chłopaki!Do wora z nim.-
Jon wlokąc się niczym zbity pies zszedł powoli po schodach i wyszedł na pole.W samym stroju lekarskim było mu bardzo zimno, ale wystawił twarz do Księżyca, delikatna pieszczota spływającej po twarzy zimnej,jesiennej deszczówki była w wielu sytuacjach lepsza od najdelikatniejszej kochanki.Stał tak ładnych pare minut.

-Oglądałeś wczoraj mecz?-
-Taaak. Wikingowie mogą pogwizdać sobie na Puchar.Moje pięć stówek pójdzie się jebać.-
-Hehehe. Mówiłem ci. Tylko Szturmowcy.-
-Zamknij się Hugh.-
Winda zatrzymała się na piętrze "-2" czyli na "Oddziale X"
-Która lodówka jest wolna?-
-Szóstka.Po tej pannicy,która sama sobie skrobankę robiła.-
-Łatwo przyszło...-
-...Łatwo poszło.-
-Wiesz co,zgubiłem tu rano długopis. Pomożesz mi go znaleźć?-
-Jasne, i tak już skończyłem zmianę.-

-Dave?-Jon stanął nad siedzącym ze zwieszoną głową, pod koszem do streetballa, potężnym chirurgiem, miał się nad nim nachylić, gdy nagle zobaczył błyskawiczny ruch nogi który sprawił,że,już drugi raz tego dnia wylądował twarzą w kałuży.Trysnęłą krew.Dave od razu poderwał się na równe nogi i zaczął okrążać Jona jak lew mający ostatecznie zgryźć swą ofiarę lub nie przymierzająć Mickey Rouke J.C. van Damme`a w słynnej scenie w Koloseum w filmie "Ryzykanci". Usiłował kopnąć Jona w twarz, ale ten złapał potężnego chirurga za obutą w nowiutkie Meindle Air Revolution stopę i pociągnął z całej siły-Dave upadł na plecy. Tym razem to Jon poderwał się i przyjął pozycję do walki, gdy Dave tylko podniósł się do pozycji mniej więcej stojącej otrzymał potężny cios w szczękę, a następnie w nos.Jon na chwilę opuścił gardę-po to tylko by przekonać się o sile serii złożonej z low-kicka i kopnięcia z półobrotu w brzuch, nie wytrzymał bólu,nerwów i zmęczenia-upadł na ziemię i było mu całkowicie obojętne co się z nim stanie.Dave stanął nad nim uniósł buta i.....

-Hej! Miałeś mi pomóc z tym długopisem. Co z tobą?Chowamy zaraz tego umrzyka. Co tak na niego patrzysz?Hej!Ziemia wzywa Hugh,odezwij się,proszę.-
-Sam popatrz.-
Drugi sanitariusz nachylił się
-No i co?-
-Popatrz na jego klatkę piersiową.-
Oczy sanitariusza rozszerzyły się.Wyszeptał tylko:
-Mój Boże...-

W oddali przetoczył się grzmot.Dave upadł na kolana i klęczał nad głową swojego (chyba?) przyjaciela.
-Przepraszam cię Jon.Za wszystko.-
-Nie ma sprawy.To moja wina.-
Wyznania przerwał głos Stevena
-Dave?!?!-
-Jesteśmy tutaj!!-
-Chodźcie szyb...Co tu się stało do jasnej cholery?!?!-
Obydwaj znów-przyjaciele spojrzeli po sobie. Dave otwierał już usta gdy Jon szybko odpowiedział:
-Poślizgnąłem się. Gdy Dave pomagał mi wstać, zrobiłem to po raz drugi i podciąłem go.-
-Aha-Steven uznał,że nawet jeśli to nieprawda, to i tak nie ma sensu się spierać-Lepiej chodźcie to zobaczyć.-

-To niemożliwe-Stwierdził Dave-Nie uwierzyłbym,gdybym nie widział tego na własne oczy
Danny oddychał, a monitor wskazywał normalny rytm zatokowy.
-Lejemy w niego mnóstwo krwi i szykujemy do operacji.-stwierdził Steve-Podejmiecie się tego?-I pokazał na potężny krwiak podtwardówkowy.Jon i Dave spojrzeli na siebie i skinęli głowami.

W stołówce szpitala panowała przygnębiająca atmosfera, większość rozmów nie kleiła się.Pauline pochlipywała. Andrea też miała podpuchnięte oczy.Przez drzwi wpadł Martin Philips, mimo protestów obsługi kafeterii dopadł do mikrofonu systemu wywoławczego i wychrypiał zmęczonym głosem:
-Żyje i żyć bedzie, ma dziurę we łbie, połamane ręce i nogi, ale będzie żyć.-
Pauline i Andrea padły sobie w objęcia.Ponad ogólne westchnienie ulgi i wiwaty z miejsc przy których siedzieli lekarze z Izby.Przedarło się stwierdzenie Sammy`ego towarzyszące wzruszeniu ramion:
-Po prostu nie było mu jeszcze pisane-
Doprowadzony do szału taką obojętnością Philips, powiedział, cały czas mając włączony mikrofon:
-To prawda Sammy, gdyby mu było pisane-ty byś go operował-

[ Dodano: 19 Wrz 2005 10:58 ]
-PO CO?!PO CO MI TO BYŁO?-krzyczał w myślach na siebie Jon.Odkąd został Starszym Asystentem operowanie zajmowało mu coraz mniej czasu, na miejsce chirurgii wkroczyło administracyjne pieprzenie w bambus-ustalanie grafików dyżurów,i co najgorsze łagodzenie sporów pomiędzy neurochirurgią,a innymi oddziałami no i walk wewnętrznych.-Po prostu hic abdera-pomyślał o sobie
Jon złożył ręce
-Czyli podsumowując-mówił spokojnie-Doktor Jamieson zadzwonił tu i zażądał konsultacji,a kiedy jej nie dostał poważnie pana obraził.-
Najnowszy nabytek oddziału, doktor Bedders(prosto ze Szpitala Uniwersyteckiego-choć Jon stawiał się okoniem najmocniej jak mógł,to Miejski i Uniwersytecki połączyły się,a nad całością powoli przejmowała kontrolę grupa Synergics) był wyraźnie wzburzony językiem,którego używał Jamieson i który dotknął jego rodziny do drugiego pokolenia
-Ilokrotnie pana wzywał?-
-Raz.-
Jon przełknął ślinę.Bedders kłamał jak najęty-Jamieson dzwonił cztery razy-sprawdzili to dla niego komputerowcy.
-I poszedł Pan od razu skonsultować przypadek numer-Jon spojrzał na leżącą przed nim kartę-233/30/11/2005.-
-Tak.Wie Pan,doktorze, takie słownictwo każdego by rzuciło.-
Jon wyprostował się na krześle
-Bedders,kłamie pan.Dzwoniono do pana z CU-S cztery razy,a pan nie raczył się ruszyć, dopóki się na pana nie wydarto.-
Bedders wzruszył ramionami.
-To prawda,ale nawet na odległość można było powiedzieć,że krwiaka nie było.-
-Bedders,nie pytam pana, co można było stwierdzić na odległość,tylko czemu pan się nie ruszył!-
-Ta pierdoła nie umie sprawdzić podstawowych rzeczy,a pan krzyczy na mnie.-
-Tego wymaga procedura, poza tym jego zdaniem....-
-Wiem jaka jest procedura-przerwał mu bezceremonialnie Bedders-Ale on może coś zrobić beze mnie.-
-Bedders,trochę szacunku.Ten człowiek jest naszym najlepszym stażystą i w pierwszej piątce naszych chirurgów,a pan.....-
-Bardzo pięknie,ale gdyby stażyści byli tak samo mądrzy jak my,płaconoby im tyle samo co nam.-
Doktor Jon Bongiovi nie wyskoczył z krzesła tylko dlatego,że najpierw wojsko, a potem medycyna znacznie przytępiły jego włoskie geny.Jon był zdania,że za coś takiego,jego sycylisjki praprzodek obniżyłby lufę swojej lupary i bez gadania wywaliłby w piersi Beddersa wielką dziurę.
-No cóż,pacjentowi nic się nie stało,więc zamykamy sprawę.Nikt nie dostanie wpisu do akt.-Jon uśmiechnął się.Doktor Nathan Bedders błyskawicznie zrozumiał,że dał dupy-w ośrodkach uniwersyteckich nie istnieją pogadanki które pozostają bez wpływu na karierę i też uśmiechnął się.
-Parę miesięcy temu doktor Bryan zaproponował przejście jednego z neurochirurgów do Centrum Urazowo-Szokowego, może trzeba to jeszcze raz przemyśleć.-Bedders zaczął wstawać
Jon zrobił minę zamyślonego i pomyślał:
-Za późno Nathan-
-Bo widzi pan.-powiedział Bedders-Neurochirurg mógłby objąć stanowisko szefa Izby, doktor Cusser nie wróci już chyba do nas,a stanowisko wakuje.Potrzebny jest ktoś,kto pociągnie to z nową energią.-
Szczęka Jona opadła bardzo nisko
-Chryste na wysokościach,ten gówniarz mówi mi jak mam sterować karierą-pomyślał, a powiedział głośno-Cóż, na pewno pomyśl jest bardzo dobry, szkoda,zę pan jest tak młody, bo w przeciwnym razie na pewno byłby pan jednym z pierwszych kandydatów na to stanowisko.-
Bedders przeraził się.
-Pan nie mówi poważnie.-
-Oczywiście,że nie.Życzę miłego dnia.-Jon wrócił do swoich papierów dając do zrozumienia,że rozmowa jest skończona. Kiedy Bedders wyszedł z biura, Jon wezwał swoją sekrtarkę.
-Taaaaaaaak.-Nancy Higgins pracowała jako jego sekretarka od trzech tygodni.Była arogancką,wyszczekaną szesnastolatką o urodzie Avril Lavigne której upodobanie do studentów medycyny młodszych lat było powszechnie znane. Była jednak punktualna,solidna,bezgranicznie lojalna, a pod względem znajomości szpitalnych plotek Martin Philips był przy niej jak Maluch przy Mercedesie SLR.Weszła do jego pokoju,siadła na krześle i wywaliła nogi na jego stół-oczywiście cały czas żuła gumę.
-Wezwij doktora Philipsa i jesteś już wolna.-
-No ja myślę,jest osiemnasta.-
-Oż k***a,późno.-
-Noo pewnie,a ja musze się jeszcze wypacykować na randkę?-
-Mam iść z tobą jako przyzwoitka?-
-A co,chcesz się czegoś nauczyć?-Jon zrezygnował z próby nauczenia jej mówienia mu per "pan" albo "doktor" w pierwszym tygodniu jej pracy.Machnął tylko ręką
-Jutro możesz przyjść później.-
-Bez łachy.Jutro od ósmej masz pacjentów i rodziny.-zebrała się do wyjścia
-Czekaj!Co wiesz o Beddersie?-
-To szuja,szefie.Trzymaj się od niej z daleka.-
-Tyle,to ja sam wiem.-
-To po co pytasz?-
-Zjeżdżaj stąd-i rzucił w dziewczynę jakimś czasopismem. Nancy sprytnie się uchyliła, pokazała mu język i wyszła cichuteńko.Cokolwiek by o niej nie mówić, to po rozmowie z nią napięcie schodził z Jona idealnie.Martin dotarł dziesięć minut później.
-Czego?-zwalił się ciężko na krzesło
-Stary, co ja mam zrobić z tym gówniarzem?-Jon rzucił przed Martina fiszkę z danymi Beddera
-Z Bedderem?Zastrzel i zakop na trawniku.Sam chetnie przyniosę łopaty.-
-Tobie też zachodzi za skórę?-
-Ma pretensje o to,że nie zrobiłem rezonansów których nie zapisał.Wczoraj wydarł się na instrumentariuszkę,że podała mu narzędzie o które prosił.-
-Słyszałeś o skardze Jamiesona?-
-Tak, Jamieson chyba olewa swoją karierę,jeśli puścił to oficjalnymi kanałami.-
-Jak to?-Jon zmarszczył brwi
-To ulubieniec głównego chirurga.Co chcesz z nim zrobić?-
-Tego nie wiedziałem.Słuchaj,wpisu do akt mu nie zrobię,ale trzeba mu przystrzyc grzywkę.Za bardzo podskakuje.Wiem jedno-dopóki mam coś do powiedzenia, nie dopuszczę żeby został nawet Młodszym Asystentem.-
-Wyciągną Ci to,jako mobbing i wypieprzą cię szybciej niż się obejrzysz.-
-Wiesz, mam piątkę dzieciaków.Troje z Uniwersyteckiego, dwójka od nas.Z tej piątki tylko dwoje może marzyć o pójściu wyżej.Kurde, Nancy mi przypomniała,że musze w ciągu dwóch tygodni wystawić im opinie.-
-No to trudny wybór-odliczając Beddera, to są Scott, Merxx,Stevenson i Chong.-
-Właśnie.Na pewno Chong dostaje kopa w górę. Ale kto z pozostałej trójki?-
-Co byś nie zrobł,kogoś skrzywdzisz.-
-Dokładnie.Słuchaj, jutro nie operuję.Może weź Denise i skoczymy na drinka.-
-Ja już zamknąłem stodołę.Koniec na dziś.-
-Dobra,to tyle,ja też spadam.-

-Szefie,nie da rady.Mógł się wykazać,ale on wyraźnie jest przeciwko nam.On jest jak Coulthard.-
-Znajdź coś na niego i to jak najszybciej,bo inaczej mamy naprawdę przejebane.-

-Napewno nie obrazi się?-spytał chłopak przesadnie artykułowanym głosem pijanego.
-Na pewno.-Powiedziała cicho dziewczyna.Nancy wyciągnęła z torebki klucze i po czwartej próbie trafiła w końcu kluczem do zamka.Weszłą do środka.Zobaczyła,że jej szef nie zamknął jak widać tego dnia pokoju na klucz.
-Wiesz,co?-
-Nie wiem.-chłopak trzymał się mocno ściany,ale wyglądało,że zaraz się przewróci
-Chodźmy do niego na biurko.-
-Noooooo dobra.-
Nancy otworzyła drzwi gabinetu Jona i zapaliła światło.W środku..........ktoś był!
-Wypieprzaj z tąd!-
To samo powiedział jej chłopak,a przynajmniej próbował.Chwilę osunął się na podłogę.Gość wyjął coś dziwnego...pistolet,ale z jakąś długą lufą.Nacisnął spust.Dziewczyna upadła.Intruz zaczął wychodzić,ale wpadł mu do głowy jeszcze jeden pomysł.Strażackim chwytem podniósł jej bezwładne ciało i rzucił je na biurko, potem..........

-To był świetny pomysł.-
-No widzisz,nic tak nie rozjaśnia umysłu jak dobra wódka.-
-Dobrze mówisz,a dobre piwo jest jak halny-wzmaga popęd seksualny.-
-Kto to jest ta Halny?-
-Taki wiatr.-Jon wybuchnął śmiechem świadczącym,że stanowczo ma już dość
-Czyli jak ustaliliśmy?-
-Merxx idzie na izbę przyjęć,bo onkologia i tak go nie ruszała.Chong dostaje stypendium.A Stevenson i Scott idą wyżej normalnym trybem.-
-A Bedders?-
-Dostaje wyraźny sygnał,że ma p-r-z-e-p-i-e-r-d-o-l-o-n-e.Jeszcze po jed...Hej, Lou!Chodź do nas.-krzyknął do wchodzącego Lou Soldano Jon.Policjant podszedł do stolika,dopiero teraz Philips dostrzegł,co mu nie pasowało-Soldano był w towarzystwie dwójki mundurowych.
-Pan Jon Bongiovi?-spytał Jona
-Taaak.-Jon wstał, był nieco zdziwiony
-Jest pan aresztowany,za gwałt na nieletniej i usiłowanie zabójstwa-.Te słowa jak lodowe sztylety przebiły się przez głośną atmosferę pubu.I nim dokotr Bongiovi obejrzał się miał na nadgarstkach kajdanki i był prowadzony w stronę radiowozu. A miny prowadzących go posterunkowych, wyraźnie świadczyły,że na komisariacie dowie się,co to znaczy brutalność policji.

[ Dodano: 19 Wrz 2005 13:36 ]
Agent Specjalny FBI Robert Kennedy,zapalił papierosa i wyprostował swój umięśniony korpus na obrotowym krześle ustawionym naprzeciwko
Lou Soldano, który właśnie odpalał jednego Marlboro od drugiego ,przeciwko czemu krzeło natychmiast głośno zaprotestowało.
Kennedy zaciągnął się dymem,spojrzał detektywowi w oczy i wypalił:
-Powiedz mi,stary,jaka zdrowa na umyśle ekipa śledcza uwierzyła w to wszystko?-
Soldano wciągnął głęboko w płuca aromat pięćdziesiątego szóstego dzisiaj papierosa-według zegara na ścianie była 21:30,więc do siedemdziesiątki spokojnie dociągnie.
-Tu jest Nowy Jork, Rob. Szukanie ludzi zdrowych na umyśle trochę zajmuje.Sam pluję sobie w brodę,że dałem się w to wrobić.Detektyw który tam pojechał,dowiedział się,że na miejscu będą NBC i ABC więc chciał się wykazać-no i buc złapał Jona,bo to Jona pokój.-
-Nie zgadza się nawet sekwencja czasowa!-
-Nie wiem tego?-rzucił Soldano
Zapadło kłopotliwe milczenie
-Gdzie on jest?-spytał Rob
-Na posterunku 10.-
-Lepiej tam jedźmy.-

Radiowóz zatrzymał się przed ponurą ruderą którą ktoś w przypływie dobrego humoru ktoś nazwał posterunkiem.
-Ruszaj gnoju-krótko ostrzyżony,bardzo umięśniony policjant o twarzy przypominającej prosiaka pchnął Jona w stronę drzwi. Choć alkohol nadal utrudniał lekarzowi myślenie,to zdawał sobie sprawę,że czekają go poważne kłopoty,więc nade wszystko postanowił oszczędzać siły,bo to może być długa noc.Przeprowadzono go przez drzwi i postawiono go przed oficerem dyżurnym.
-Nazwisko?-spytał
-Bongiovi.-odpowiedział drugi posterunkowy,drobny, ale cholernie silny Japończyk, o czym lekarz przekonał się przy wsiadaniu do auta
-Numer sprawy?-
-Szpital Miejski.-gliniarz splunął po wypowiedzeniu tych słów
Jon rozejrzał się dookoła,przez środek przeszły dwie kobiety w kamizelkach S.W.A.T.,dwóch posterunkowych usiłowało opanować ogromnego murzyna,który darł się w narkotycznym szale:
-Zabije papieża!Zakatrupię go!-
Nerwy i alkohol spowodowały u niego olbrzymie nudności, poprosił o zaprowadzenie go do ubikacji,bo za chwile zwymiotuje.Glina spojrzał na niego jak na karalucha przed rozdeptaniem.
-Jasne.Stevie zaprowadź go do toalety.-powiedizał z nad paierów dyżurny
Policjant spełnił polecenie,a gdy Jon opróżnił już swój żołądek,zaprowadzono go do celi znajdującej się na samym końcu korytarza.Gdy wprowadzono go do celi, policjant powiedział współwięźniom o co jest podejrzany.Jon spojrzał na współlokatorów,
którzy zaczęli powoli podnosić się z prycz,stwierdził,że to będzie bardzo długa noc.

-To chyba niemożliwe,ktoś taki nie istnieje.-
-Ale jednak musisz,masz to na własne oczy.-
-Nie wierzę,to poza moimi możliwościami.-
-To jedyny w całym pierdolonym Nowym Jorku człowiek który zatrzymuje się na żółtym świetle.-

-Kurwa,co tam się znowu dzieje?-mruknął Patrick Foley,oficer dyżurny na Posterunku 10. przechodząc wzdłuż cel,gdy usłyszał wyraźne odgłosy walki z ostatniej celi. -Ejj!!!!Steve!!!Tam coś się dzieje!!!-Krzyknął do strażnicy,ale postanowił sam spojrzeć, wyjął tonfę,podszedł do celi i zobaczył dwóch olbrzymich murzynów i Irlandczyka-wszystkich z popodbijanymi oczami i rozkwaszonym nosami-przytrzymujących,swego nowego kolegę z pod celi,podczas gdy otyły facet zbliżał się do niego od tyłu z rozpiętym rozporkiem.W Foleyu zawrzało,uruchomił alarm i wrzucił do celi granat z gazem C2 który zawsze nosił przy sobie.

Lou zaczynał swoją karierę w Posterunku 10. więc nie zdziwił go powszechny chaos, który panował wszędzie dookoła,nawet widok ambulanssu i wozu S.W.A.T. przed budynkiem był normalny.Sanitariusze wkładali właśnie do karetki nosze na których leżał "jakiś nowy aresztant",a funkcjonariusze Specjalnej wyprowadzali czterech pobitych więźniów. Dla Kennedy`ego taki burdel stanowczo nie mieścił się w granicach normy.Znalazł najwyższego stopniem policjanta na posterunku,ojebał go jak burą sukę i wsiadł do samochodu żeby znaleźć debila,który doprowadził do zatrzymania Jona.

-Detektywie Pitt-powiedział fałszywie aksamitnym głosem do młodego przystojniaczka siedzącego naprzeciw niego pół godziny później.-Jesteście idiotą,któremu zamarzył się występ w TV.Przecież to niemożliwe.-
Pałeczkę przejął Soldano
-Widziano,że doktor Bongiovi wychodził ze szpitala o 18.15, przestępstwa dokonano o 19.30,wezwanie było o 19.45,a o 20.30 zatrzymano Jona Bongioviego.W pubie 20 ulic dalej.Skąd wiedzieliście,że on tam jest?-
-Z anonimowego telefonu....Ja przepraszam,muszę do toalety.-i wybiegł.Kennedy tylko pokręcił głową
Pięć minut później obaj usłyszeli znany im odgłos,gdy wbiegli do toalety,Lou pokręcił głową i mruknął:
-No i wracamy do punktu wyjścia.-

[ Dodano: 04 Paź 2005 11:53 ]
Jon wrócił do pracy tydzień później.Sprawcy włamania,postrzelenia i -jak się okazało,na szczęście tylko próby-zgwałcenia Nancy nie ustalono.Podobno coś z kamerami było nie tak więc nie udało się zarejestrować chwili napadu,przypuszczalnie motyw był rabunkowy,sprawca działał w rękawiczkach-nie ma więc odcisków palców.DNA z próby gwałtu było zbyt mało by przeszukać bazę danych-sprawa prawdopodobnie do umorzenia-grupa Synergics skutecznie zablokowała przeciek informacji o wszystkin do mediów więc żaden brukowiec nie będzie nikogo denerwował.Detektyw Benjamin Pitt popełnił samobójstwo z powodu silnej depresji spowodowanej kłopotami małzeńskimi na którą nałożyło się ostre skarcenie przez doświadczonego kolegę z pracy-sprawa zamknięta.Na wszelki wypadek Jon dostał ochronę.Jakie życie jest łątwe,no nie?

Rany Nancy były na szczęście na tyle niegroźne,że próbowała pracować w biurze-co prawda siedziała na szpitalnym wózku-wciąż byłą pacjentką,ale jak to sama ujęła-"przy noszeniu papierów krzywda jej się nie stanie".Oddała też Jonowi wielką przysługę,nakładając mu makijaż tak,że nie było widać sińców.

Był poniedziałek,15:30,Jon ciężko opadł na krzesło i wezwał do siebie swoich stażystów:Alice Stevenson-sympatyczną choć niezbyt ładną pulchną brunetkę,Michaela Merxxa-przypominającego z twarzy buldoga rudowłosego gwiazdora neurotraumatologii, Therese Chong-Chinkę o fenomenalnej wręcz technice operacyjnej,którą nadrabiała powolność i brak nogi-proteza utrudniała jej szybkie poruszanie się po oddziałąch,Lance`a Scotta-metroseksualnego,małomównego,spóźnialskiego blondyna o budowie obrońcy futbolowego,który choć z początku radził sobie na studiach kiepsko stawał się z dnia na dzień co raz lepszym lekarzem-mówiono wręcz,że będzie drugim Coulthardem,no i oczywiście Nathana Beddersa.poprosił też do siebie Martina Phillipsa i Jaenice Jagger-szefową pielęgniarek z którą wolał skonsultować wcześniej swój wybór.
-Dobrze robisz Jonny-Jaenice pracowała w szpitalu ponad 30 lat,więc czuła się w prawie do zwraacania się po imieniu do każdego lekarza-Podejmujesz dobre decyzje,ale za kopnięcie Beddersa będą mieć do ciebie pretensje.-
-Wali mnie to.-

-Witam państwa.-Jon i Martin wstali na przywitanie stażystów,Janice skinęła tylko głową,nie takich kozaków już widziała-Zebraliśmy się tu dziś by porozmawiać o przyszłości Waszej i Oddziału Neurochirurgii w kontekście decyzji które wspólnie podjęliśmy....Gdzie doktor Scott?-
-W CU-S -rzucił szybko Bedders;CU-S, to skrót nazwy Centrum Urazowo-Szokowe,nowa nazwa Izby Przyjęć,po generalnym remoncie i wielkich zakupach sprzętu medycznego.-Właśnie z tamtąd wracałem,kiedy wezwano doktora Scotta.Merxx parsknął tylko śmiechem,Jon wolał nie wnikać o co chodzi.Miał już zaczynać kiedy w drzwiach stanął Scott.Nawet jeśli wyglądał na zmęczonego,to w niczym nie umniejszało to faktu,że wyglądał lepiej niż nienagannie:błękitny swetr,biała koszula w paski, nowiutkie jeansy i świeżo postawiona na paście modelującej fryzura czyniły z ubranego w niesamowicie drogie acz okropnie dobrane ubrania Beddersa, prostaka.Stażysta cicho przeprosił za spóźnienie i zajął miejsce.Jon ogłosił decyzję.

Wszystkim paliły się oczy,najbardziej Merxxowi,który wreszcie mógł zająć się urazówką-czymś, co szczerze kochał.
-Od kiedy obejmuje obowiązki?-spytał
-Najlepiej byłoby od zaraz-powiedział Jon-Ale stanowisko nadal jako takie nie istnieję,co prawda moje starania poparto już na wszystkich szczeblach i znaleziono też pieniądze,to etat jako taki zostanie utworzony dopiero od pierwszego listopada-czyli od przyszłego tygodnia.Do tego czasu,prosiłbym o przygotowanie konspektu wykładu dla III roku na temat najczęstszych neurochirurgicznych przypadków w Izbie-oczywiście na wczoraj.Pani Chang.-
Chinka wyprężyła się na krześle.
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."
Avatar użytkownika
trapper
mod
 
Posty: 1071
Dołączył(a): 02 mar 2002 21:52
Lokalizacja: Krak
{ GENDER }:

Re: Bad Medicine 2

Postprzez trapper 23 mar 2009 20:36

-Pani kwestia jest chyba jedyną która nie wzbudziła wśród nas kontrowersji.-Jon popatrzył na Jagger i Phillipsa-Od jutra zostaje pani przyjęta na pełny etat. Zespół odpowiadający za choroby wodociągu byłby zainteresowany współpracą z panią. Czy się Pani zgadza?-
-Tak.Czy jestem jeszcze potrzebna,panie doktorze? Za dwadzieścia minut mam spotkać się z rodziną pacjenta.Nie chcę się spóźnić.-
-Tak.-Jon wstał i podał Theresie rękę, uśmiechając się przy tym szczerze-Powodzenia Thereso.-
-Dziękuję panie doktorze.-
-Proszę,nazywaj mnie Jon.-
Uśmiechnęła się. Jon ucieszył się, bo wyglądało,że zyskał kogoś kogo nazywać będzie mógł kolegą, a może nawet przyjacielem.
-Doktorze Bedders. Pan jest już wolny. Nie ukrywam,że nie jestem z tego zachwycony,ale pozostaje pan na oddziale.Będzie pan pod osobistą opieką doktora Samuela Waltersa.W takiej sytuacji pańska pensja jest liczona według nieco innych zasad, będzie niższa niż lekarza zwykłego, ale będzie pan tu-
Bedders wstał i z cynicznym uśmiechem rzucił mimowolnie "Do widzenia" i wyszedł .Merxx i Scott pokazali mu języki,ku oburzeniu Jona i Martina.Jaegger tylko się zaśmiała.
-Pani Stevenson, czy pani jest w ogóle zainteresowana dalszą współpracą z nami?-
-Tak.-
-A gdybyśmy pani zaproponowali przejście na pediatrię, nie byłoby to czymś ciekawszym?-
-Oczywiście!-
-Więc ma pani trzy tygodnie urlopu,a potem zaczyna pani pracę na 70 ulicy, w Uniwersyteckim.-
-Ale jak to...-
-Wie pani, będzie mi pani brakować,bo jest pani dobrym chirurgiem... -
-Ale jest pani osobą bardzo sympatyczną.Szkoda marnować tyle dobroci.-Przerwał Jonowi Phillips-Pani również jest wolna
Sala opustoszała
-I na szarym końcu doktor Scott.-
-Takie życie.-wzruszył ramionami lekarz
-Co mamy z panem zrobić?-
Scott znowu wzruszył ramionami.
-Zrobi pan co pan uzna za stosowne.-
Phillips mało się nie zakrztusił kawą
-W zasadzie, podjęliśmy decyzję.Ale w pańskim życiorysie zieje roczna luka. Nie był pan w wojsku.-
-Nie wtedy.-zastrzegł Scott
-Widzę.Ale to wciąż nie tłumaczy roku przerwy.-
-Byłem w klinice odwykowej.-
Phillips wyprężył się na krześle, Jon pochylił do przodu.
-Byłem uzależniony od komputera.Właściwie jestem.Zostawiła mnie narzeczona i w komputerze znalazłem wtedy odejście od problemów,teraz nie mam tego problemu.-
-Angażujemy pana na okres próbny.Pół roku.Od jutra.-
-Jeszcze próbny? po stażu?-jęknął Scott
-Takie życie,jak pan to ujął-powiedział Philips
-Zawsze to coś-uśmiechnął się
-Jest pan wolny.-
Za Scottem zamknęły się drzwi.
-Jesteś pewien, że to dobry pomysł, Jon-spytał Martin
-Nie ma powodu żeby mu nie dać szansy.-
-Ociiiii....emniałeś? Chodzi mi o ten okres próbny.-
-Będzie spokój-zapominamy o sprawie,ale jak podpadnie pożegnamy go.Nie lubię go.I tyle.-mruknął Jon-Od jutra zaczyna.Co będzie to będzie.-

-Nie ukrywam,że sytuacja pani ojca jest ciężka,ale uważamy z kolegami, że jesteśmy w stanie przeprowadzić operację która umożliwi przeżycie około dwuletnie.Do tego naświetlania...-
-Jak to?!-
-To znaczy, operacja umożliwi pani ojcu przeżycie dwóch najbliższych lat w miarę spokojnie, bez częstych napadów padaczkowych, ale i tych stanów depresyjnych, Bez bardzo dużych problemów z mową.-
-I to wszystko?!-
Bongiovi przytaknął.
-Jak to?!Tyle mówicie w telewizji o leczeniu raka i nic nie potraficie zrobić?!-
-Proszę pani to nie jest do końca tak. Medycyna nie zna metody która pomoże pani ojcu. Ten rodzaj nowotworów leczy się paliatywnie.-
-Co to znaczy?-pisnęła druga kobieta
-Poprawiamy jakość życia pani ojca. Jeśli nie potrwa ono już długo, to w takim razie niech te ostatnie dni przebiegną chociaż w jak najlepszych warunkach.I w taki sposób, by panie mogły pracować i żyć.Ale wyleczyć go w stanie nie jesteśmy.-powiedział spokojnie milczący dotąd Scott
-Mój ojciec jest w kwiecie wieku!-krzyknęła ta sama kobieta-A wy chcecie go skazać na śmierć w wieku 65 lat!-
-Nie to pani skazuje go na śmierć.Z tą różnicą, że my pozwolimy mu odejść spokojnie, w warunkach ludzkich, zgaśnie spokojnie.Pani sprawi,że umrze albo z przedawkowania, albo z zagazowania pod wpływem napadu depresyjnego.Albo rozbije sobie głowę upadając podczas toniczno-klonicznego napadu padaczkowego...o takiego jak teraz.-
Scott przeskoczył przez biurko,zerwał z sofy stojącej w pokoju na której siedziały trzy nachmurzone kobiety poduszkę i podłożył starszemu mężczyźnie pod głowę. Chwilę później dobiegł Jon
-Nie zagryzł języka.-powiedział spokojnie Lance
Jon wstał. Napad trwał tylko 2 minuty.Mężczyzna wrócił do rzeczywistości.Scott uśmiechnął się do niego.
-Jak tam panie Briggs?-
-Uziemiłem się doktorze.-
-Wstanie pan, czy woli pan poleżeć?-
-Wstanę. Podjąłem decyzję.-
Mężczyzna wstał,ale chwilę potem musiał usiąść.
-Teraz ja wam powiem.Zoperujcie mnie,ale żadnych naświetleń, chemioterapii ani nic z tych rzeczy.-
Jon otwierał usta.
-Panie doktorze-ciągnął drobny murzyn-Jestem prostym elektrykiem.Ożeniłem się z kobietą, która była tak samo piękna w chwili ślubu, jak wtedy gdy umierała.Doczekaliśmy się trzech córek i syna. Z tego jak każde z nich żyje-jestem dumny.Mam wnuki,mały domek,przyjaciół.Dobrze mi się żyło.Dziękuję Bogu za wszystko,ale wystarczy. Wystarczy mi.Jak się to cholerstwo w mojej głowie nazywa?-
-Epyndoblastoma-powiedział Scott
-Niech je pan zabije.Ale nic więcej.Chcę umrzeć w domu.-
-Ale tato...-przerwała mu jedna z córek
-Milcz Amando-przerwał Briggs-Gorsza ciebie hetera niż z twojej babki.Chcę odejść cicho, we śnie.Rozumie pan o co mi chodzi?-zapytał spokojnie
Jon powoli przytaknął.Córki nie protestowały więcej.
-Tak.-potwierdził Scott-Rozumiemy pana.Pojutrze operacja.-
Briggs uśmiechnął się i wyszedł, córki za nim.Gdy zamknęły się za nimi drzwi gabinetu Jona.
-Ciekawe jakie to uczucie, móc spokojnie odejść?-zapytał retorycznie Scott
-Ty już jesteś wolny.-uśmiechnął się do niego Bongiovi
-Dziękuję,do zobaczenia jutro.-
-A ty nie idziesz na izbę?-
-Idę,ale pan nie idzie.Więc do jutra.-
-Do jutra.-
W drzwiach minął się z Philipsem
-O, co to?Już rozmawiasz ze Scottem normalnie?-
-Tylko rozmawiam,dalej go nie lubię.-
-Właściwie dlaczego?-
-Nie ma osobowości chirurga.-
-To znaczy?-
-Za dużo myśli, za mało robi.Przejmuje się nieważnymi detalami zamiast ważnymi konkretami...-
-To czemu go wziąłeś na klinikę?Skłonności masochistyczne?-spytał Philips
-To pomysł Dave`a nie mój.Nie mam zarzutów do jego techniki,ale do osobowości i owszem.Nic więcej.Chodźmy zobaczyć, jak pracuje w izbie.-
-Sam sobie idź.Ja mam dziewczynę.Idę do domu zrobię jej dobry obiad.A potem tylko zrobię jej.-uśmiechnął się Philips-Co z tobą i Pauline?-
-Nic.I już nic nie będzie.Zrobisz jutro dla mnie mapę stereotaktyczną pana BRiggsa?-
-Tak.Jeśli mi nic nie wypadnie, to przed południem będzie gotowa.-
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."
Avatar użytkownika
trapper
mod
 
Posty: 1071
Dołączył(a): 02 mar 2002 21:52
Lokalizacja: Krak
{ GENDER }:


Powrót do Twórczość Fanów

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zalogowanych użytkowników i 0 gości

cron