przez trapper 04 paź 2005 13:53
-Jeszcze raz, po angielsku.-
-Żeby uniknąć zadłużenia dwóch szpitali, łączy się kilka w jeden, duży konglomerat.I...-Jon
-Jakie ładne słowo.-
-Daj spokój Pauli.-Jon się skrzywił
-Już milczę,jak grób.-
-...nasz łączy się z uniwersyteckim-łączy się niektóre oddziały-w tym nasz, a ponieważ Stary odchodzi, to parę osób dostaje potężnego kopa w górę.W tym ja.-
-Jakiego kopa?Wyżej od ciebie jest Dave. On kopnął w jaja zbyt wielu ludzi żeby zostać szefem.Ty jesteś za młody.
-Więc Dave kopnął w jedne jaja za dużo albo pocałował nie ten tyłek co trzeba. Bo wylatuje.-
-Co?!?!-
-A tak. A na jego miejsce wskakuję ja!Co,nie masz ochoty na numerek z nowym starszym asystentem oddziału neurochirurgii szpitala miejskiego w Nowym Jorku.-
-Jon o czym ty w ogóle mówisz??Będziesz odpowiadał za nowe grafiki dyżurów, ruch chorych...-
-Projekty naukowe, wprowadzanie nowych leków-jeszcze kilka lat i pod szpital zajadę Mercedesem.-
-Nie będziesz w stanie trafić sobie palcem do dupy po zwykłym dniu, a myślisz o projektach? Poza tym twój przyjaciel traci pracę, a ty myslisz tylko o sobie i o forsie.Nie to jest ważne-Pauline zerwała się z łóżka i usiadła-Jeżeli tak to widzisz to chyba musimy poważnie porozmawiac o naszym związku.-
-Tere fere. Łatwo jest mówić, że nie pieniądze są w zyciu ważne jak się mieszkało w elitarnej dzielnicy i chodziło do dobrej szkoły.Ja musiałem iść do wojska żeby móc iść na uniwersytet, znosić jakichś psychopatów którzy do mnie strzelali, niedojebanych teściów, dokuczających mi kumpli ze studiów i profesorów. Musiałem to wyrwać życiu.A ty to dostałaś.-
-Dostałam?!Ty fiucie! Miałam rodziców z kasą, ale to nie znaczy,że to dostałam.-Jon zauważył, że z oczu zniknęły te ogniki, ale za to jej suteczki seksownie się wyprężyły, pomyślał tylko,że nie można miec wszystkiego-mam dwa doktoraty. Jeżeli to według ciebie kupiłam, to jesteś głupszy niż myslałam-mówiła to nerwowo się ubierając.-A to jest sztuka.Kto wejdzie na miejsce starego?-
-Sammy.-
-Który to?-Pauline przerwała ubieranie się-
-Dobrze,przerwała ubieranie się.-pomyslał, a potem powiedział głośno-Ten z Harvardu.Uprawia chirurgiczne lizodupstwo najwyższej klasy.Kiedyś stary po ZNS-ie, krążył po stołówce i wypatrzył go, podchodzi do niego i pyta się"Co robisz?", a ten na to "Jem kanapkę z indykiem." Stary się pyta"Po co?",a ten z miną zgwałconego kurczaka "Proszę?", Stary nie ustępuję "Dlaczego do cholery?", ten opuszcza wzrok, czerwieni
się i wkońcu wydukuje "Nie wiem prosze pana". Odłożył kanapkę i wyszedł ze stołówki.Jest tak głupi,że pewnie trzy razy zapytał co to jest kanapka.-
-Jon......-
-Sammy to jeden z wielu dupków. Tego się nie da uniknąć.-sygnał telefonu Pauline obwieścił nadejście SMS-a
-Nie podoba mi się po prostu to, co się z tobą dzieje, a poza tym trochę ci brakuje wytrwałości. Projekt z Shinomura upadł, z braku twojego zainteresowania, a mieliście przyszłość przed sobą.-
-Bywa, trzeba umieć odrzucić zbędny balast. Czy to firmę,czy dziewczynę czy to projekt ...-nie dokończył, bo aż zatoczył się od ciosu w twarz.
Pauline wyszła nie oglądając się za siebie
-Powiedziałem coś złego?-spytał Jon Robby`ego który tylko stał i patrzył.Agent tylko wzruszył ramionami
Izba przyjęć wyglądała jak XVIII-wieczny Paryż. Krew na podłodze i niepowtarzalny zapach mieszaniny potu,moczu,kału,wymiocin i mokrych ubrań.
-Cześć Danny.-powiedział Jon wchodząc do pokoju szycia
-Witam pana doktra.-powiedział nieco bełkotliwie Danny, kończąc zszywanie kolejnego dzieciaka który spadł ze schodów.
-Coś zmęczony już jesteś.-
-Eee tam jestem tu dopiero dziesięć godzin.-
-Może idź już do domu.-
-Co ci do tego!Odwal się!-krzyczał,wciąż bełkotliwie, Danny-Ciągle się mnie czepiacie.Wszyscy.-uderzył z całej siły w tacę z narzędziami.Oczywiście wszystkie rozsypały się powodując ogromny hałas-Danny lekko zataczając się wyszedł z pokoju.
-Co mu się stało?-spytał Malcolma Jamiesona jednego ze stażystów
-Zamknęli mu drogę do awansu na szefa izby.-
-Co?Dlaczego?-
-Opieprzył głównego księgowego, no i podobno jest oskarżony o molestowanie seksualne.Dziś na odprawie izby oficjalnie powiedziano mu,że jego kandydatura została odrzucona.-
-To niemożliwe. Opublikował w ciągu zeszłego roku więcej artykułów niż cała oftalmologia!-wykrzyknął Jon
-Bywa.-Jamieson wzruszył tylko ramionami
Upłynęły trzy godziny.W szybę i dach miarowo stukał deszcz. A on wciąż tu stał. Miał włączone światła awaryjne. Kończył pisanie listu. Napisał w końcu ostatnie słowo. Nacisnął kilka przycisków. List powędrował na jego skrzynkę w pracy, na wypadek gdyby nie znaleźli tego w szafce.Pociągnął łyk z butelki.Odpalił silnik. Autostrada była skąpana w deszczu. Rozpędził wóż do pełnej prędkości-230 kilometrów na godzinę.Po pół godziny zobaczył jak rusza za nim radiowóz. Nie przejął się tym ani trochę. Dojechał tam gdzie planował. Zobaczył ścianę wiaduktu. Przymierzył w nią dokładnie i uderzył przy pełnej szybkości.Żałował tego, bo przeżył samo uderzenie.Czuł, że z każda chwilą uchodzi z niego życie, a on był już zbyt zmęczony by grac dalej-chiał już tylko zasnąć. I nie obudzić się już nigdy więcej.
-Czyli co, podoba ci się u nas?-
-No ba, macie fajny sprzęt,blisko w góry. śliczną okolicę, mógłbym się tu sprowadzić z dziewczyną, a przede wszystkim atmosferę?-
-Chodzi ci o powietrze?-
-Nooooo nie do końca.Mniej nerwów,mniej uniwersyteckich sporów, kto tu jest od kogo ważniejszy i nikt nie umiera ALLELUJA-wykrzyknął Dave-Przyjmiecie mnie?-
-Jasne. Taka gwiazda z Big Apple na pewno dobrze wpłynie na nasz image-
-Wiesz co mi się tu najbardziej podoba?-
-Nie?-
-Wasz deszcz,Stevie, wasz deszcz. Ten sam co w czasach gdy nasi ojcowie robili u Lockheeda w Burbank-orzeźwiający.-
-To prawda-twarz rozmówcy Dave`a odmłodniała o ponad dziesięć lat-
Dlatego ja też tu wciąż jestem.-
W tym samym czasie, ten sam deszcz w miejscu skrajnie różnym wzbudzał w kimś innym skrajnie różne odczucia:
-Kurwa jebana w dupę mać, jak ja nienawidzę deszczu.-
-Odeszła?-
-Tak.-
-Szkoda, myślałem,że się z nią chajtniesz?-
-Też tak sądziłem, ale, ale...-
-Ale nic z tego nie będzie.-
-Moi staruszkowie już liczyli,że wyprawią mi wielkie włoskie wesele.-
-Lubię takie włoskie wesela.-
-Czemu?-
-Po każdym udaje nam się zamknąć kilka spraw.-
Jon najpierw zrobił wielce zdziwioną minę, a kiedy dotarł do niego sens wypowiedzianych przez Kennedy`ego słów,nasrożył się jak kopnięty w jądra jeż.
-No spokojnie,spokojnie-próbował go udobruchać Robby-każdemu jakoś docinają,ale przecież nie to się naprawdę liczy. Przecież Ty wiesz, co ja o Tobie myślę naprawdę, czasami się nie zgadzamy, czasami kłócimy, czasami sobie docinamy, ale naprawdę cenimy się nawzajem .Mnie naprzykład....- nie dokończył. Jon porwał kurtkę i wybiegł z domu.
W szybę i dach Camarro,które otrzymał od ojca, waliły ogromne krople deszczu, ale Jon nie zwalniał ani przez chwilę, naprawdę zrozumiał co się stało z nim i z Davem i co może się stać przez to, że nie było go przy nim wtedy,kiedy przyjaciel go potrzebował.Zatrzymał się przed parkingiem dla pracowników. Zaczał biec do szpitala i gdy był już bliziutko- nie zauważył, gdy tuż przy samym szpitalu rozwiązała mu się sznurówka.
-Ale właściwie to czemu odszedłeś?-
-Po prostu ten wyścig szczurów mnie zmęczył.-
W takiej sytuacji wszystko dzieje się jak w zwolnionym tempie.Najpierw poczuł,że postawił krok jakoś tak dziwnie, a potem,że traci kontakt z podłożem....
-Ciebie?To niemożliwe.Kiedyś mówiłeś,że cię to podnieca.-
-Ale,jak wszystko,tylko do pewnych granic.-
Nie uderzył głową o krawężnik, trafił tylko twarzą w jezdnię od razu jednak poczuł,że złamał nos. Każdy kto służył kilka lat w armii,a przed tem zajmował się głównie włóczeniem się po ulicach New Jersey wie jak się wtedy czuje. Poderwał się jednak i pobiegł dalej, ale już z daleka widział,że niepotrzebnie swiatło w gabinecie Dave`a było zgaszone.
-Sprowadzisz się tu z dziewczyną?-
-Nie do końca.Będzie tu wracać na weekendy, a tydzień roboczy spędzi w Nowym Yorku-
-A kto cię zastąpi?-
-Mój młodszy asystent. Porządny gość, ale podobnie jak mnie życie w tym jebanym mieście go przerosło. tyle,że on poszedł w inną stronę.-
Znalazł na biurku list:
Drogi Jonie:
1)Moi pacjenci:
-Martha Singer, ta po próbie samobójczej-przeniesiona na Zakaźny
-Janice Ralf- do wypisu
-Steven Harrows-zmarł zeszłej nocy
-Aliie Constantino- Stary ją operuje, Ty tylko otworzysz czaszkę i zamkniesz, ale sam zabieg jest ciekawy więc zostań popatrzeć. Nagrywać go bedzie ekipa z Disocvery Science
resztę pacjentów przejmuje Stary
2) Zaopatrzenie:
-Wszystkie umowy są podpisane
-Briefing w sprawie nowego laboratorium patologii, we wtorek w sali 100
-Briefing w sprawie stypendiów-Uniwersytet, Katedra, sala 50
-Briefing w sprawie remontu sali operacyjnej IV- przyszły tydzień
-W przyszłą sobotę około 11 przyjdzie gość z Zeissa w sprawie nowych mikroskopów
3) Tak w ogóle:kutas z ciebie
Dave
Nie zdążył zakląć bo zadzwonił telefon.
-Dave. Zaczynaj, oto nasz pierwszy pacjent-
Karetka zatrzymała się. Otwarły drzwi. Dave tylko jęknął bo on tego człowieka znał. Pod krwawą maską, która została z twarzy, skyrwał się Daniel Crusser M.D. lepiej znany jako Danny
[ Dodano: 15 Cze 2005 10:43 ]
-Wiadomo już coś,bliżej?-spytała cicho Andrea
-Nie,miał wypadek.-
-Bez śladów hamowania, prawda?-grobową ciszę mąconą wyłącznie przez stukot kropel w deszczu blaszany parapet i buczenie świetlówek zmącił w końcu cichy,łamiący się głos jednego z trzech stażystów z Pogotowia - Malcolma Jamiesona. Dwaj pozostali siedzieli bez słowa i z wielkim zainteresowaniem śledzili układ rys i fug na parkiecie w Pokoju Socjalnym. Na dźwięk słów Jamiesona wszyscy spojrzeli w jego stronę, a stażyści wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
-Skąd wiesz?-Jon wyszeptał pobladłymi wargami-Ktoś mu "pomógł"?-
-Tak-powiedział Jamieson,na co pozostali stażyści spojrzeli hardo w oczy Jona,Andrei, Pauline i Martina Philipsa-Wy czworo.-
-Jak jest?-
-Kiepsko.Do usunięcia śledziona, jedną czwarta wątroby, kawał jelita cienkiego, ręce są w strzępach, w prawym stawie skokowym zrobił się tulipan.Lewe Śródstopie?No cóż, jest w jednym pokoju i tyle na razie mogę powiedzieć.Czekamy na CAT,ale marnie to widzę.Najważniejsze,że zapomniał odpiąć pasów-więc chyba z tego wyjdzie.-
-Ile mu dajesz?-
-Trzydzieści procent w wersji superoptymistycznej.-
-A w superpesymistycznej?-
-Sam wiesz doskonale.Kropnie nam na stole.-
Dave tylko pokręcił głową i spojrzał w szybę za którą pod tonami aparatury leżał jego przyjaciel.Zapadła cisza.
-Jest tomograf-krzyknął radiolog i od razu założył zdjęcie na rzutnik.
Dave spojrzał na zdjęcia i wyszeptał tylko
-Jezus,Maria-i wyjął komórkę-Cholera, nie chciałem tego robić.-
-Jak śmiesz gnojku....-Jon nie dokończył bo przerwał mu Polak-Archibald Ralf
-Wrzeszczycie na siebie wszyscy, wszyscy przychodziliście do niego ze swoimi problemami, a nikt z was nie spytał go jak ON się czuję. Czy on nie ma problemów.Jesteście tak zapatrzeni w wasze chirurgiczne dupska,że zapomnieliście już nawet o swoich przyjaciołach,bo o pacjentach już dawno.-
-Ty szczylu...-wyszeptał Jon
-Taki z ciebie świętoszek?-spytała spokojnie Andrea-A kto nie rozpoznał u aresztanta urazu czaszki?-
Ralf spurpurowiał na twarzy, bo sprawa rzeczywiście śmierdziała. U aresztanta nie rozpoznano urazu czaszki-Ralf uznał,że gość był naćpany.W efekcie zmarł nagle na komisariacie.Teraz kilki lekarzy i policjantów czekało z zapartym stolcem na wyniki sekcji i badań toksykologicznych. Ralf nie wyleciał z miejsca tylko dlatego,że Danny go bronił
-Po pierwsze, o ile mi wiadomo,to dopóki nie udowodni się komus winy, to jes niewinny-szepnął jadowicie w stronę Price-A po drugie, ja przynajmniej nie drę się na cały szpital: "O super!Ostra białczka mieloblastyczna u dziecka jako powikłanie przy guzie mózgu! Będę to mogła opisać!"-Ralf narzucił stetoskop, kitel i wyszedł, a za nim pozostali stażysći.Jon tylko wzruszył ramionami.
-Co to ma do rzeczy?Danny po prostu nie wytrzymał ciężaru-może gdyby się zwierzył przyjaciołom, byłoby inaczej.Nie on jeden miał kłopoty.-Philips pokiwał głową. Dziewczyny nie odezwały się.
Natomiast podsłuchującym za drzwiami Jamiesonem aż rzuciło.
-Ty zasrańcu.-wpadł z rykiem godnym ranionego słonia-Ty dupku.-złapał Jona za klapy kitla i podniósł z krzesła-Wiedziałeś,że on pił?!Że jego rodzice mieli się rozwieść?!Że oskarżono go o molestowanie seksualne?A chuj wiedziałeś!!!I ty się nazywasz jego przyjacielem?!-
Jon zaczął myśleć-no niby się zgadza-po tej sprawie z prostytutką pogryzioną przez szczury Danny pociągnął sobie z manierki. Wtedy kiedy zszedł do Izby, po ataku Dave`a , Danny miał cokolwiek plączący się głos, podobno do każdego badania ginekologicznego miał asystę...dodał dwa do dwóch i poczuł jakby z niego uchodziło powietrze. Pogarda którą ujrzał w oczach Jamiesona,Ralfa i trzeciego stażysty-Nowega Blomqvista-dopełniła dzieła zwiesił głowę
Blomqvist ze swoim śmiesznym akcentem dopowiedział:
-Próbowaliśmy mu pomóc, ale bez was się nie dało, nie zrobiliśmy wszystkiego co się dało,bo gdyby tak było-on nie leżałby tam,tylko był z nami, ale bez was po prostu się nie dało.-Pauline nie wytrzymała i rozpłakała się.Jak zwykle-zadzwonił telefon.
-Ty sobie żartujesz.-powiedziała Andrea po skończonej rozmowie
-Nie. Dave uważa,że tylko ja moge mu pomóc.Kazał mi przyjeżdżać najszybciej jak tylko dam radę.
-Jak szybko dasz radę?-
-Moim Camarro?Najmniej półtorej godziny.-
-Ja pana zawiozę.-Zaofiarował się Ralf-Jeśli zdobędzie mi pan lepsze auto, gwarantuję najwyżej pół godziny-
Jon spojrzał na Pauline.Dziewczyna sięgnęła do kieszeni i dała mu kluczyki do swojego Forda GT.
-Robię to tylko dla Dave`a-powiedziała,ale nie patrzała mu przy tym w oczy-
Pięć minut później gdy Jon sadowił się na siedzeniu bolidu wybiegła z budynku Pauline i pocałowała go prosto w usta, tak jak kiedyś, za dawnych dobrych czasów.
Kwadrans później mknęli już przez miasto. Deszcz siekł niemiłosiernie.
-Ralf, ty chyba coś straciłeś przez medycynę.-
-Czemu pan tak myśli?-piątka i gazu
-Zależy ci na ludziach,ciekawi cię filozofia medycyny...-nie dokończył bo Ralf mu przerwał-
-Do 360! Ładuj.Adrenalina dosercowo-
-Sam pan widzi. Załatwiłem swoje małżeństwo, rodzice nie chcieli żebym był lekarzem, ale skoro już nim jestem, to chcę wiedzieć o tej robocie wszystko.-
-Nawet filozofię?-Jon niejednokrotnie słyszał jak Ralf z żelazną logiką dowodził chirurgowi,że ten nie ma prawa operować pacjenta, a ginekologowi,że powinien płacić dziecku, któremu pomógł w przyjściu na świat i liczył na jakąś ciekawą pogwarkę
-Nawet.-uciął Ralf
Jon wpadł do szpitala jak bomba, pielęgniarka tylko machnęłą ręką i wskazała mu od razu drogę do sali IOM w której leżał Dave-była uprzedzona o wszystkim, gdy wpadł na właściwe piętro, zzatrzymał go jakiś lekarz.
-Nie ma pan dokąd biec. Czas zgonu:23:20-
[ Dodano: 17 Cze 2005 08:09 ]
Jon przykrył prześcieradłem młodą, ale tak już umęczoną twarz Danny`ego. Zapadła cisza.
-Można go zabrać?-spytał Steven.Deszcz wciąż niemiłosiernie lał.W oddali przetoczył się grzmot.
-Tak,tak-przytaknął po długiej chwili milczenia Jon.-Gdzie Dave?-
-Na boisku do kosza-za szpitalem.-odpowiedział Steve i zwócił się do stojących pod ścianą sanitariuszy.-Chłopaki!Do wora z nim.-
Jon wlokąc się niczym zbity pies zszedł powoli po schodach i wyszedł na pole.W samym stroju lekarskim było mu bardzo zimno, ale wystawił twarz do Księżyca, delikatna pieszczota spływającej po twarzy zimnej,jesiennej deszczówki była w wielu sytuacjach lepsza od najdelikatniejszej kochanki.Stał tak ładnych pare minut.
-Oglądałeś wczoraj mecz?-
-Taaak. Wikingowie mogą pogwizdać sobie na Puchar.Moje pięć stówek pójdzie się jebać.-
-Hehehe. Mówiłem ci. Tylko Szturmowcy.-
-Zamknij się Hugh.-
Winda zatrzymała się na piętrze "-2" czyli na "Oddziale X"
-Która lodówka jest wolna?-
-Szóstka.Po tej pannicy,która sama sobie skrobankę robiła.-
-Łatwo przyszło...-
-...Łatwo poszło.-
-Wiesz co,zgubiłem tu rano długopis. Pomożesz mi go znaleźć?-
-Jasne, i tak już skończyłem zmianę.-
-Dave?-Jon stanął nad siedzącym ze zwieszoną głową, pod koszem do streetballa, potężnym chirurgiem, miał się nad nim nachylić, gdy nagle zobaczył błyskawiczny ruch nogi który sprawił,że,już drugi raz tego dnia wylądował twarzą w kałuży.Trysnęłą krew.Dave od razu poderwał się na równe nogi i zaczął okrążać Jona jak lew mający ostatecznie zgryźć swą ofiarę lub nie przymierzająć Mickey Rouke J.C. van Damme`a w słynnej scenie w Koloseum w filmie "Ryzykanci". Usiłował kopnąć Jona w twarz, ale ten złapał potężnego chirurga za obutą w nowiutkie Meindle Air Revolution stopę i pociągnął z całej siły-Dave upadł na plecy. Tym razem to Jon poderwał się i przyjął pozycję do walki, gdy Dave tylko podniósł się do pozycji mniej więcej stojącej otrzymał potężny cios w szczękę, a następnie w nos.Jon na chwilę opuścił gardę-po to tylko by przekonać się o sile serii złożonej z low-kicka i kopnięcia z półobrotu w brzuch, nie wytrzymał bólu,nerwów i zmęczenia-upadł na ziemię i było mu całkowicie obojętne co się z nim stanie.Dave stanął nad nim uniósł buta i.....
-Hej! Miałeś mi pomóc z tym długopisem. Co z tobą?Chowamy zaraz tego umrzyka. Co tak na niego patrzysz?Hej!Ziemia wzywa Hugh,odezwij się,proszę.-
-Sam popatrz.-
Drugi sanitariusz nachylił się
-No i co?-
-Popatrz na jego klatkę piersiową.-
Oczy sanitariusza rozszerzyły się.Wyszeptał tylko:
-Mój Boże...-
W oddali przetoczył się grzmot.Dave upadł na kolana i klęczał nad głową swojego (chyba?) przyjaciela.
-Przepraszam cię Jon.Za wszystko.-
-Nie ma sprawy.To moja wina.-
Wyznania przerwał głos Stevena
-Dave?!?!-
-Jesteśmy tutaj!!-
-Chodźcie szyb...Co tu się stało do jasnej cholery?!?!-
Obydwaj znów-przyjaciele spojrzeli po sobie. Dave otwierał już usta gdy Jon szybko odpowiedział:
-Poślizgnąłem się. Gdy Dave pomagał mi wstać, zrobiłem to po raz drugi i podciąłem go.-
-Aha-Steven uznał,że nawet jeśli to nieprawda, to i tak nie ma sensu się spierać-Lepiej chodźcie to zobaczyć.-
-To niemożliwe-Stwierdził Dave-Nie uwierzyłbym,gdybym nie widział tego na własne oczy
Danny oddychał, a monitor wskazywał normalny rytm zatokowy.
-Lejemy w niego mnóstwo krwi i szykujemy do operacji.-stwierdził Steve-Podejmiecie się tego?-I pokazał na potężny krwiak podtwardówkowy.Jon i Dave spojrzeli na siebie i skinęli głowami.
W stołówce szpitala panowała przygnębiająca atmosfera, większość rozmów nie kleiła się.Pauline pochlipywała. Andrea też miała podpuchnięte oczy.Przez drzwi wpadł Martin Philips, mimo protestów obsługi kafeterii dopadł do mikrofonu systemu wywoławczego i wychrypiał zmęczonym głosem:
-Żyje i żyć bedzie, ma dziurę we łbie, połamane ręce i nogi, ale będzie żyć.-
Pauline i Andrea padły sobie w objęcia.Ponad ogólne westchnienie ulgi i wiwaty z miejsc przy których siedzieli lekarze z Izby.Przedarło się stwierdzenie Sammy`ego towarzyszące wzruszeniu ramion:
-Po prostu nie było mu jeszcze pisane-
Doprowadzony do szału taką obojętnością Philips, powiedział, cały czas mając włączony mikrofon:
-To prawda Sammy, gdyby mu było pisane-ty byś go operował-
[ Dodano: 19 Wrz 2005 10:58 ]
-PO CO?!PO CO MI TO BYŁO?-krzyczał w myślach na siebie Jon.Odkąd został Starszym Asystentem operowanie zajmowało mu coraz mniej czasu, na miejsce chirurgii wkroczyło administracyjne pieprzenie w bambus-ustalanie grafików dyżurów,i co najgorsze łagodzenie sporów pomiędzy neurochirurgią,a innymi oddziałami no i walk wewnętrznych.-Po prostu hic abdera-pomyślał o sobie
Jon złożył ręce
-Czyli podsumowując-mówił spokojnie-Doktor Jamieson zadzwonił tu i zażądał konsultacji,a kiedy jej nie dostał poważnie pana obraził.-
Najnowszy nabytek oddziału, doktor Bedders(prosto ze Szpitala Uniwersyteckiego-choć Jon stawiał się okoniem najmocniej jak mógł,to Miejski i Uniwersytecki połączyły się,a nad całością powoli przejmowała kontrolę grupa Synergics) był wyraźnie wzburzony językiem,którego używał Jamieson i który dotknął jego rodziny do drugiego pokolenia
-Ilokrotnie pana wzywał?-
-Raz.-
Jon przełknął ślinę.Bedders kłamał jak najęty-Jamieson dzwonił cztery razy-sprawdzili to dla niego komputerowcy.
-I poszedł Pan od razu skonsultować przypadek numer-Jon spojrzał na leżącą przed nim kartę-233/30/11/2005.-
-Tak.Wie Pan,doktorze, takie słownictwo każdego by rzuciło.-
Jon wyprostował się na krześle
-Bedders,kłamie pan.Dzwoniono do pana z CU-S cztery razy,a pan nie raczył się ruszyć, dopóki się na pana nie wydarto.-
Bedders wzruszył ramionami.
-To prawda,ale nawet na odległość można było powiedzieć,że krwiaka nie było.-
-Bedders,nie pytam pana, co można było stwierdzić na odległość,tylko czemu pan się nie ruszył!-
-Ta pierdoła nie umie sprawdzić podstawowych rzeczy,a pan krzyczy na mnie.-
-Tego wymaga procedura, poza tym jego zdaniem....-
-Wiem jaka jest procedura-przerwał mu bezceremonialnie Bedders-Ale on może coś zrobić beze mnie.-
-Bedders,trochę szacunku.Ten człowiek jest naszym najlepszym stażystą i w pierwszej piątce naszych chirurgów,a pan.....-
-Bardzo pięknie,ale gdyby stażyści byli tak samo mądrzy jak my,płaconoby im tyle samo co nam.-
Doktor Jon Bongiovi nie wyskoczył z krzesła tylko dlatego,że najpierw wojsko, a potem medycyna znacznie przytępiły jego włoskie geny.Jon był zdania,że za coś takiego,jego sycylisjki praprzodek obniżyłby lufę swojej lupary i bez gadania wywaliłby w piersi Beddersa wielką dziurę.
-No cóż,pacjentowi nic się nie stało,więc zamykamy sprawę.Nikt nie dostanie wpisu do akt.-Jon uśmiechnął się.Doktor Nathan Bedders błyskawicznie zrozumiał,że dał dupy-w ośrodkach uniwersyteckich nie istnieją pogadanki które pozostają bez wpływu na karierę i też uśmiechnął się.
-Parę miesięcy temu doktor Bryan zaproponował przejście jednego z neurochirurgów do Centrum Urazowo-Szokowego, może trzeba to jeszcze raz przemyśleć.-Bedders zaczął wstawać
Jon zrobił minę zamyślonego i pomyślał:
-Za późno Nathan-
-Bo widzi pan.-powiedział Bedders-Neurochirurg mógłby objąć stanowisko szefa Izby, doktor Cusser nie wróci już chyba do nas,a stanowisko wakuje.Potrzebny jest ktoś,kto pociągnie to z nową energią.-
Szczęka Jona opadła bardzo nisko
-Chryste na wysokościach,ten gówniarz mówi mi jak mam sterować karierą-pomyślał, a powiedział głośno-Cóż, na pewno pomyśl jest bardzo dobry, szkoda,zę pan jest tak młody, bo w przeciwnym razie na pewno byłby pan jednym z pierwszych kandydatów na to stanowisko.-
Bedders przeraził się.
-Pan nie mówi poważnie.-
-Oczywiście,że nie.Życzę miłego dnia.-Jon wrócił do swoich papierów dając do zrozumienia,że rozmowa jest skończona. Kiedy Bedders wyszedł z biura, Jon wezwał swoją sekrtarkę.
-Taaaaaaaak.-Nancy Higgins pracowała jako jego sekretarka od trzech tygodni.Była arogancką,wyszczekaną szesnastolatką o urodzie Avril Lavigne której upodobanie do studentów medycyny młodszych lat było powszechnie znane. Była jednak punktualna,solidna,bezgranicznie lojalna, a pod względem znajomości szpitalnych plotek Martin Philips był przy niej jak Maluch przy Mercedesie SLR.Weszła do jego pokoju,siadła na krześle i wywaliła nogi na jego stół-oczywiście cały czas żuła gumę.
-Wezwij doktora Philipsa i jesteś już wolna.-
-No ja myślę,jest osiemnasta.-
-Oż k***a,późno.-
-Noo pewnie,a ja musze się jeszcze wypacykować na randkę?-
-Mam iść z tobą jako przyzwoitka?-
-A co,chcesz się czegoś nauczyć?-Jon zrezygnował z próby nauczenia jej mówienia mu per "pan" albo "doktor" w pierwszym tygodniu jej pracy.Machnął tylko ręką
-Jutro możesz przyjść później.-
-Bez łachy.Jutro od ósmej masz pacjentów i rodziny.-zebrała się do wyjścia
-Czekaj!Co wiesz o Beddersie?-
-To szuja,szefie.Trzymaj się od niej z daleka.-
-Tyle,to ja sam wiem.-
-To po co pytasz?-
-Zjeżdżaj stąd-i rzucił w dziewczynę jakimś czasopismem. Nancy sprytnie się uchyliła, pokazała mu język i wyszła cichuteńko.Cokolwiek by o niej nie mówić, to po rozmowie z nią napięcie schodził z Jona idealnie.Martin dotarł dziesięć minut później.
-Czego?-zwalił się ciężko na krzesło
-Stary, co ja mam zrobić z tym gówniarzem?-Jon rzucił przed Martina fiszkę z danymi Beddera
-Z Bedderem?Zastrzel i zakop na trawniku.Sam chetnie przyniosę łopaty.-
-Tobie też zachodzi za skórę?-
-Ma pretensje o to,że nie zrobiłem rezonansów których nie zapisał.Wczoraj wydarł się na instrumentariuszkę,że podała mu narzędzie o które prosił.-
-Słyszałeś o skardze Jamiesona?-
-Tak, Jamieson chyba olewa swoją karierę,jeśli puścił to oficjalnymi kanałami.-
-Jak to?-Jon zmarszczył brwi
-To ulubieniec głównego chirurga.Co chcesz z nim zrobić?-
-Tego nie wiedziałem.Słuchaj,wpisu do akt mu nie zrobię,ale trzeba mu przystrzyc grzywkę.Za bardzo podskakuje.Wiem jedno-dopóki mam coś do powiedzenia, nie dopuszczę żeby został nawet Młodszym Asystentem.-
-Wyciągną Ci to,jako mobbing i wypieprzą cię szybciej niż się obejrzysz.-
-Wiesz, mam piątkę dzieciaków.Troje z Uniwersyteckiego, dwójka od nas.Z tej piątki tylko dwoje może marzyć o pójściu wyżej.Kurde, Nancy mi przypomniała,że musze w ciągu dwóch tygodni wystawić im opinie.-
-No to trudny wybór-odliczając Beddera, to są Scott, Merxx,Stevenson i Chong.-
-Właśnie.Na pewno Chong dostaje kopa w górę. Ale kto z pozostałej trójki?-
-Co byś nie zrobł,kogoś skrzywdzisz.-
-Dokładnie.Słuchaj, jutro nie operuję.Może weź Denise i skoczymy na drinka.-
-Ja już zamknąłem stodołę.Koniec na dziś.-
-Dobra,to tyle,ja też spadam.-
-Szefie,nie da rady.Mógł się wykazać,ale on wyraźnie jest przeciwko nam.On jest jak Coulthard.-
-Znajdź coś na niego i to jak najszybciej,bo inaczej mamy naprawdę przejebane.-
-Napewno nie obrazi się?-spytał chłopak przesadnie artykułowanym głosem pijanego.
-Na pewno.-Powiedziała cicho dziewczyna.Nancy wyciągnęła z torebki klucze i po czwartej próbie trafiła w końcu kluczem do zamka.Weszłą do środka.Zobaczyła,że jej szef nie zamknął jak widać tego dnia pokoju na klucz.
-Wiesz,co?-
-Nie wiem.-chłopak trzymał się mocno ściany,ale wyglądało,że zaraz się przewróci
-Chodźmy do niego na biurko.-
-Noooooo dobra.-
Nancy otworzyła drzwi gabinetu Jona i zapaliła światło.W środku..........ktoś był!
-Wypieprzaj z tąd!-
To samo powiedział jej chłopak,a przynajmniej próbował.Chwilę osunął się na podłogę.Gość wyjął coś dziwnego...pistolet,ale z jakąś długą lufą.Nacisnął spust.Dziewczyna upadła.Intruz zaczął wychodzić,ale wpadł mu do głowy jeszcze jeden pomysł.Strażackim chwytem podniósł jej bezwładne ciało i rzucił je na biurko, potem..........
-To był świetny pomysł.-
-No widzisz,nic tak nie rozjaśnia umysłu jak dobra wódka.-
-Dobrze mówisz,a dobre piwo jest jak halny-wzmaga popęd seksualny.-
-Kto to jest ta Halny?-
-Taki wiatr.-Jon wybuchnął śmiechem świadczącym,że stanowczo ma już dość
-Czyli jak ustaliliśmy?-
-Merxx idzie na izbę przyjęć,bo onkologia i tak go nie ruszała.Chong dostaje stypendium.A Stevenson i Scott idą wyżej normalnym trybem.-
-A Bedders?-
-Dostaje wyraźny sygnał,że ma p-r-z-e-p-i-e-r-d-o-l-o-n-e.Jeszcze po jed...Hej, Lou!Chodź do nas.-krzyknął do wchodzącego Lou Soldano Jon.Policjant podszedł do stolika,dopiero teraz Philips dostrzegł,co mu nie pasowało-Soldano był w towarzystwie dwójki mundurowych.
-Pan Jon Bongiovi?-spytał Jona
-Taaak.-Jon wstał, był nieco zdziwiony
-Jest pan aresztowany,za gwałt na nieletniej i usiłowanie zabójstwa-.Te słowa jak lodowe sztylety przebiły się przez głośną atmosferę pubu.I nim dokotr Bongiovi obejrzał się miał na nadgarstkach kajdanki i był prowadzony w stronę radiowozu. A miny prowadzących go posterunkowych, wyraźnie świadczyły,że na komisariacie dowie się,co to znaczy brutalność policji.
[ Dodano: 19 Wrz 2005 13:36 ]
Agent Specjalny FBI Robert Kennedy,zapalił papierosa i wyprostował swój umięśniony korpus na obrotowym krześle ustawionym naprzeciwko
Lou Soldano, który właśnie odpalał jednego Marlboro od drugiego ,przeciwko czemu krzeło natychmiast głośno zaprotestowało.
Kennedy zaciągnął się dymem,spojrzał detektywowi w oczy i wypalił:
-Powiedz mi,stary,jaka zdrowa na umyśle ekipa śledcza uwierzyła w to wszystko?-
Soldano wciągnął głęboko w płuca aromat pięćdziesiątego szóstego dzisiaj papierosa-według zegara na ścianie była 21:30,więc do siedemdziesiątki spokojnie dociągnie.
-Tu jest Nowy Jork, Rob. Szukanie ludzi zdrowych na umyśle trochę zajmuje.Sam pluję sobie w brodę,że dałem się w to wrobić.Detektyw który tam pojechał,dowiedział się,że na miejscu będą NBC i ABC więc chciał się wykazać-no i buc złapał Jona,bo to Jona pokój.-
-Nie zgadza się nawet sekwencja czasowa!-
-Nie wiem tego?-rzucił Soldano
Zapadło kłopotliwe milczenie
-Gdzie on jest?-spytał Rob
-Na posterunku 10.-
-Lepiej tam jedźmy.-
Radiowóz zatrzymał się przed ponurą ruderą którą ktoś w przypływie dobrego humoru ktoś nazwał posterunkiem.
-Ruszaj gnoju-krótko ostrzyżony,bardzo umięśniony policjant o twarzy przypominającej prosiaka pchnął Jona w stronę drzwi. Choć alkohol nadal utrudniał lekarzowi myślenie,to zdawał sobie sprawę,że czekają go poważne kłopoty,więc nade wszystko postanowił oszczędzać siły,bo to może być długa noc.Przeprowadzono go przez drzwi i postawiono go przed oficerem dyżurnym.
-Nazwisko?-spytał
-Bongiovi.-odpowiedział drugi posterunkowy,drobny, ale cholernie silny Japończyk, o czym lekarz przekonał się przy wsiadaniu do auta
-Numer sprawy?-
-Szpital Miejski.-gliniarz splunął po wypowiedzeniu tych słów
Jon rozejrzał się dookoła,przez środek przeszły dwie kobiety w kamizelkach S.W.A.T.,dwóch posterunkowych usiłowało opanować ogromnego murzyna,który darł się w narkotycznym szale:
-Zabije papieża!Zakatrupię go!-
Nerwy i alkohol spowodowały u niego olbrzymie nudności, poprosił o zaprowadzenie go do ubikacji,bo za chwile zwymiotuje.Glina spojrzał na niego jak na karalucha przed rozdeptaniem.
-Jasne.Stevie zaprowadź go do toalety.-powiedizał z nad paierów dyżurny
Policjant spełnił polecenie,a gdy Jon opróżnił już swój żołądek,zaprowadzono go do celi znajdującej się na samym końcu korytarza.Gdy wprowadzono go do celi, policjant powiedział współwięźniom o co jest podejrzany.Jon spojrzał na współlokatorów,
którzy zaczęli powoli podnosić się z prycz,stwierdził,że to będzie bardzo długa noc.
-To chyba niemożliwe,ktoś taki nie istnieje.-
-Ale jednak musisz,masz to na własne oczy.-
-Nie wierzę,to poza moimi możliwościami.-
-To jedyny w całym pierdolonym Nowym Jorku człowiek który zatrzymuje się na żółtym świetle.-
-Kurwa,co tam się znowu dzieje?-mruknął Patrick Foley,oficer dyżurny na Posterunku 10. przechodząc wzdłuż cel,gdy usłyszał wyraźne odgłosy walki z ostatniej celi. -Ejj!!!!Steve!!!Tam coś się dzieje!!!-Krzyknął do strażnicy,ale postanowił sam spojrzeć, wyjął tonfę,podszedł do celi i zobaczył dwóch olbrzymich murzynów i Irlandczyka-wszystkich z popodbijanymi oczami i rozkwaszonym nosami-przytrzymujących,swego nowego kolegę z pod celi,podczas gdy otyły facet zbliżał się do niego od tyłu z rozpiętym rozporkiem.W Foleyu zawrzało,uruchomił alarm i wrzucił do celi granat z gazem C2 który zawsze nosił przy sobie.
Lou zaczynał swoją karierę w Posterunku 10. więc nie zdziwił go powszechny chaos, który panował wszędzie dookoła,nawet widok ambulanssu i wozu S.W.A.T. przed budynkiem był normalny.Sanitariusze wkładali właśnie do karetki nosze na których leżał "jakiś nowy aresztant",a funkcjonariusze Specjalnej wyprowadzali czterech pobitych więźniów. Dla Kennedy`ego taki burdel stanowczo nie mieścił się w granicach normy.Znalazł najwyższego stopniem policjanta na posterunku,ojebał go jak burą sukę i wsiadł do samochodu żeby znaleźć debila,który doprowadził do zatrzymania Jona.
-Detektywie Pitt-powiedział fałszywie aksamitnym głosem do młodego przystojniaczka siedzącego naprzeciw niego pół godziny później.-Jesteście idiotą,któremu zamarzył się występ w TV.Przecież to niemożliwe.-
Pałeczkę przejął Soldano
-Widziano,że doktor Bongiovi wychodził ze szpitala o 18.15, przestępstwa dokonano o 19.30,wezwanie było o 19.45,a o 20.30 zatrzymano Jona Bongioviego.W pubie 20 ulic dalej.Skąd wiedzieliście,że on tam jest?-
-Z anonimowego telefonu....Ja przepraszam,muszę do toalety.-i wybiegł.Kennedy tylko pokręcił głową
Pięć minut później obaj usłyszeli znany im odgłos,gdy wbiegli do toalety,Lou pokręcił głową i mruknął:
-No i wracamy do punktu wyjścia.-
[ Dodano: 04 Paź 2005 11:53 ]
Jon wrócił do pracy tydzień później.Sprawcy włamania,postrzelenia i -jak się okazało,na szczęście tylko próby-zgwałcenia Nancy nie ustalono.Podobno coś z kamerami było nie tak więc nie udało się zarejestrować chwili napadu,przypuszczalnie motyw był rabunkowy,sprawca działał w rękawiczkach-nie ma więc odcisków palców.DNA z próby gwałtu było zbyt mało by przeszukać bazę danych-sprawa prawdopodobnie do umorzenia-grupa Synergics skutecznie zablokowała przeciek informacji o wszystkin do mediów więc żaden brukowiec nie będzie nikogo denerwował.Detektyw Benjamin Pitt popełnił samobójstwo z powodu silnej depresji spowodowanej kłopotami małzeńskimi na którą nałożyło się ostre skarcenie przez doświadczonego kolegę z pracy-sprawa zamknięta.Na wszelki wypadek Jon dostał ochronę.Jakie życie jest łątwe,no nie?
Rany Nancy były na szczęście na tyle niegroźne,że próbowała pracować w biurze-co prawda siedziała na szpitalnym wózku-wciąż byłą pacjentką,ale jak to sama ujęła-"przy noszeniu papierów krzywda jej się nie stanie".Oddała też Jonowi wielką przysługę,nakładając mu makijaż tak,że nie było widać sińców.
Był poniedziałek,15:30,Jon ciężko opadł na krzesło i wezwał do siebie swoich stażystów:Alice Stevenson-sympatyczną choć niezbyt ładną pulchną brunetkę,Michaela Merxxa-przypominającego z twarzy buldoga rudowłosego gwiazdora neurotraumatologii, Therese Chong-Chinkę o fenomenalnej wręcz technice operacyjnej,którą nadrabiała powolność i brak nogi-proteza utrudniała jej szybkie poruszanie się po oddziałąch,Lance`a Scotta-metroseksualnego,małomównego,spóźnialskiego blondyna o budowie obrońcy futbolowego,który choć z początku radził sobie na studiach kiepsko stawał się z dnia na dzień co raz lepszym lekarzem-mówiono wręcz,że będzie drugim Coulthardem,no i oczywiście Nathana Beddersa.poprosił też do siebie Martina Phillipsa i Jaenice Jagger-szefową pielęgniarek z którą wolał skonsultować wcześniej swój wybór.
-Dobrze robisz Jonny-Jaenice pracowała w szpitalu ponad 30 lat,więc czuła się w prawie do zwraacania się po imieniu do każdego lekarza-Podejmujesz dobre decyzje,ale za kopnięcie Beddersa będą mieć do ciebie pretensje.-
-Wali mnie to.-
-Witam państwa.-Jon i Martin wstali na przywitanie stażystów,Janice skinęła tylko głową,nie takich kozaków już widziała-Zebraliśmy się tu dziś by porozmawiać o przyszłości Waszej i Oddziału Neurochirurgii w kontekście decyzji które wspólnie podjęliśmy....Gdzie doktor Scott?-
-W CU-S -rzucił szybko Bedders;CU-S, to skrót nazwy Centrum Urazowo-Szokowe,nowa nazwa Izby Przyjęć,po generalnym remoncie i wielkich zakupach sprzętu medycznego.-Właśnie z tamtąd wracałem,kiedy wezwano doktora Scotta.Merxx parsknął tylko śmiechem,Jon wolał nie wnikać o co chodzi.Miał już zaczynać kiedy w drzwiach stanął Scott.Nawet jeśli wyglądał na zmęczonego,to w niczym nie umniejszało to faktu,że wyglądał lepiej niż nienagannie:błękitny swetr,biała koszula w paski, nowiutkie jeansy i świeżo postawiona na paście modelującej fryzura czyniły z ubranego w niesamowicie drogie acz okropnie dobrane ubrania Beddersa, prostaka.Stażysta cicho przeprosił za spóźnienie i zajął miejsce.Jon ogłosił decyzję.
Wszystkim paliły się oczy,najbardziej Merxxowi,który wreszcie mógł zająć się urazówką-czymś, co szczerze kochał.
-Od kiedy obejmuje obowiązki?-spytał
-Najlepiej byłoby od zaraz-powiedział Jon-Ale stanowisko nadal jako takie nie istnieję,co prawda moje starania poparto już na wszystkich szczeblach i znaleziono też pieniądze,to etat jako taki zostanie utworzony dopiero od pierwszego listopada-czyli od przyszłego tygodnia.Do tego czasu,prosiłbym o przygotowanie konspektu wykładu dla III roku na temat najczęstszych neurochirurgicznych przypadków w Izbie-oczywiście na wczoraj.Pani Chang.-
Chinka wyprężyła się na krześle.
"Za co kocham Ferrari?Bo jest jak Manchester United-czerwone,utytułowane i ma na świecie miliony ludzi gotowych zjeśc dla niego ostatnią koszulę."